Mexico 2007 – „Motyw przewodni Thelocactus"

Termin tegorocznej wędrówki wybraliśmy z konieczności taki, który najmniej kolidował z obowiązkami w pracy, i był najwygodniejszy dla wszystkich uczestników wyprawy. Nasz zespół składał się z: Jarda Šnicer, Vojta Myšak, ja oraz nowy na trasie Tomaš Doležal. Trasa ułożona była tak, by była interesująca dla każdego, przy czym Jarda zainteresowany był rodzajem Epithelantha, Vojta – Lophophora, ja – Thelocactus, a czwarty nie miał prawa zabierania głosu. Jego interesowało wszystko, bo wszystko dla niego było nowe. 

01.02.2007 czwartek – Mexico City, 16.000 km (stan licznika samochodu)

Przelot liniami Air France nie należał do zbyt udanych. Najpierw zmienili godzinę odlotu samolotu tak, że w Paryżu mieliśmy długi odpoczynek. W samolocie tym poinformowano nas, że nasze bagaże przez pomyłkę poleciały do Rzymu. Na szczęście długa przerwa w Paryżu pozwoliła bagażom dolecieć na czas. Jak zwykle po odprawie na lotnisku w Mexico City trzeba się liczyć na długie oczekiwanie zanim pojawi się pracownik Combi-Rent. Tym razem nikt się nie pojawił. Wykonaliśmy wiele telefonów, by się dowiedzieć, że nasze zamówienie zaginęło i nie mają dla nas auta. W pobliskim nieznanym nam biurze wynajęliśmy najlepsze, czym dysponowali – Chevrolet Vojager. Auto choć pojemne, było na nasze potrzeby za niskie, o czym bardzo szybko się przekonaliśmy. Niezwłocznie, bo już ciemności dawno zapadły, udajemy się na pobliską stację benzynową Pemex, by po zatankowaniu, autostradą skierować się na noclegowisko jak najdalej od Mexico City. Spodziewaliśmy się suszy, jak to w zimie, a tu pogoda jest raczej deszczowa. Siąpi drobny kapuśniaczek. Nocleg nie zapowiada się zatem zbyt przyjemnie. Na dodatek Tomaš przywiózł ze sobą grypę czy też anginę, którą leczy, ale mamy obawy, czy nie przeniesie się to na nas.

02.02.2007 piątek – Xochitlan, Hid. 16.113 km (1980 m.n.p.m.)

Blisko obozowiska, na wysokości 1980 mnpm znajdujemy: Coryphantha octacantha, C. cornifera, Echinocactus grandis, Echinocereus cinerascens, Ferocactus latispinus, Bursera sp., Myrtillocactus geometrizans,

  

Villadia misera GM1035.1                                                                  Echeveria tolimanensis GM1035.3

Mammillaria sempervivii GM1035.2. 

Po prawej widzimy wzgórze a pod nim kopalnię. Przypominają wyglądem okolice Cardonal. Mijamy Ixmiquilpan i zatrzymujemy się przy moście Puente Tasquillo.

Na skale po lewej obserwujemy wegetację, mamilarie i Sedum greggii.

W dalszej drodze zwracamy uwagę na umieszczoną wysoko na szczycie mikroondę MO między osadami Xhita Primero i Xhita Segundo. Mijamy Zimapan drogą na północ. Kilka km od skrzyżowania do Zimapan, lub na drugim skrzyżowaniu w lewo, w kierunku Zimapan obserwujemy ciekawe wzgórze z MO o wegetacji przypominającej Mesa del Leon. Mijamy osadę Maguey Verde i na skałach przy drodze na wysokości 2215 mnpm zauważamy liczną populację:

Mammillaria amajacensis GM1035.4

  

wraz z - Echeveria halbingeri GM1035.5                                       i Sedum reptans.

Po przeciwnej stronie drogi rozciąga się widok na piękny wapienny kanion, biegnący do osady Jaguey Colorado, porośnięty Agave celsii ssp. albata. Mijamy miasteczko Jacala. Ruch na tej wąskiej i krętej drodze się wzmaga, a na dodatek zaczyna padać coraz mocniej. Bardzo nam to spowalnia jazdę. Za Tamazunchale skręcamy na Jalpan. Chcemy odwiedzić dolinę Valle Guadelupe z wioską Tres Lagunas, która na zdjęciach satelitarnych wygląda obiecująco. Szeroka, lecz słabo utwardzona droga, przecina wysoki las i dość stromo opada w głąb doliny. Na krawędzi lasu na wysokości 1750 mnpm znajdujemy: Mammillaria sp., Echinocereus pentalophus. Podążamy cały czas w dół, a następnie dnem doliny do wioski, którą przemierzamy w poprzek, na drugą stronę doliny, gdzie spodziewamy się znaleźć na odkrytych tzn. nie porosłych lasem zboczach góry, jakieś kaktusy. Widzimy tam bowiem szare skały wapienne. Na skałach spotykamy: Echinocereus pentalophus, Ferocactus glaucescens

Coryphantha jalpanensis GM1035.6.

Przejechaliśmy niemal do końca doliny. Tutaj na ukrytych pod drzewami skałach widzimy Sedum jurgensenii GM1035.9. 

Wprawdzie mieliśmy cichą nadzieję na znalezienie w tej dolinie jakichś ciekawszych roślin, ale i to co zobaczyliśmy zaspokoiło naszą ciekawość. Więcej czasu nie chcemy tracić, tym bardziej, że wciąż jest szaro, mgliście i zaczyna siąpić drobna mżawka. Przez Jalpan i Rio Verde jedziemy w kierunku Ciudad Maiz. Na nocleg zatrzymujemy się przy San Rafael Carretera w stanie San Luis Potosi.

03.02.2007 sobota – San Rafael Carretera, SLP km 16.750 (1000 mnpm)

Poranek wita nas chłodem i wilgocią, której w namiotach jest pełno. Nie da się wysuszyć namiotów, więc zwijamy je takie jakie są. Na pobliskich wzgórzach rosną również mokre: Mammillaria microthele, Neolloydia conoidea, Leuchtenbergia principis, Coryphantha cornifera, Glandulicactus uncinatus, Ferocactus steinesii,

  

Astrophytum myriostigma GM1035.8                                            Lophophora williamsii GM1035.7

Kilka km dalej robimy przegląd niewysokich wzgórz za wioską Puerto de San Juan de Dios. Wegetacja nieco podobna jak w poprzednim miejscu: - Neolloydia conoidea, Mammillaria microthele, Mammillaria candida, Echinocactus ingens, Astrophytum myriostigma, Echinocereus pentalophus,  

  

Mammillaria centralifera GM1037.1                                                 Thelocactus tulensis GM1036

Coryphantha cornifera GM1037.

Jedziemy w kierunku Tula w Tamaulipas, przed którą znajdujemy zakład wulkanizacyjny zwany tu vulcanizadora, w którym naprawiamy zniszczoną oponę, oraz kupujemy jeszcze jedną starą wraz z felgą, jako dodatkowy zapas, niezbędny przy tak nisko zawieszonym aucie. Tak niskie zawieszenie wymusza jazdę grzbietami wyjeżdżonych dróg, pokrytych zwykle ostrymi kamieniami, co w oczywisty sposób przyczynia się do nadmiernego zużycia i przebijania gum.

Teraz robimy wypad na zachód od miasta. Zatrzymujemy się na widok rozległej połaci płaskiego i pozbawionego roślinności terenu. Bardzo trudno iść w tym rozmokłym od ciągłego deszczu, gliniastym terenie. Buty natychmiast obrastają grubą warstwą tłustej gliny, przybierając kształt kuli. Na takich śliskich kulach trudno utrzymać równowagę, lecz my penetrujemy podłoże, ryzykując wywrotkę w błoto. Niemniej w tym błocie znajdujemy: Lophophora williamsii,  Mammillaria centralifera, M. picta, Echinocereus pentalophus, Ec. cinerascens ssp. tulensis,  

  

Ariocarpus kotschoubeyanus GM1037.2 zaś na niewielkich wyniosłościach terenu, pod krzakami Echinofossulocactus pentacanthus GM1037.3.

Przemoknięci uciekamy na zachód. Może w centrum Meksyku, za górami Sierra Madre Occidental świeci słońce. Nocleg urządzamy sobie w pobliżu Noria de San Pedro, już w całkowitej ciemności.

04.02.2007 niedziela – Noria de San Puerto, 17.055 km (1700 mnpm)

Wprawdzie zamierzaliśmy dotrzeć do Sierra Jicote, ale w mokrej lagunie możemy tylko utknąć na dobre. Wracamy więc do asfaltowej drogi i zatrzymujemy się przy znanych mi od dawna skałach po południowej stronie drogi, niedaleko San Juan de Vanegas. Po wyjściu z auta widzimy: - Coryphantha poselgeriana zaś na skałach z kapliczką na szczycie podziwiamy mokre, więc pięknie wybarwione: Coryphantha glanduligera, Hamatocactus hamatacanthus, 

Echinofossulocactus lloydii GM1037.4

 

Neolloydia conoidea GM1037.6

Thelocactus bicolor GM1037.5

Mammillaria chionocephala GM1037.7.

Na szczęście nie pada, więc jedziemy dalej, manewrując kiepskimi drogami wzdłuż pasma Sierra Jicote. Droga powoli staje się nieprzejezdna dla naszego auta. Dziury gdzieniegdzie sięgają ponad pół metra głębokości i są coraz większe i gęściej ułożone. Miałem zaplanowane zwiedzenie stanowiska Clavellinas z nietypowymi Thelocactus multicephalus, ale widząc jak długą i wyczerpującą czas będzie nasza cała trasa, dobrowolnie zrezygnowałem, mając nadzieję, że będzie to przykład dla całego zespołu. Vojta bowiem nie chciał odpuścić ani jednego z zaplanowanych przez siebie miejsc, choć niektóre według mni były zupełnie zbędne. Pozostało nam tylko zawrócić. Podobają mi się laguny, które mijamy, więc proponuję, byśmy się zatrzymali. Bardzo niechętnie koledzy to czynią, lecz w końcu osiągam swój cel. Zatrzymujemy się w miejscu, gdzie daje się pozostawić auto przy drodze, nie powodując blokady. Całkowity zjazd z drogi w tym miejscu jest po prostu niemożliwy.

  

W zaschniętym błocie laguny dostrzegamy malutkie gwiazdki: - Ariocarpus kotschoubeyanus GM1038

Mammillaria heyderi GM1089, Echinocereus enneacanthus, Hamatocactus hamatacanthus.

 Dostrzegamy jeszcze - Coryphantha hintoniorum v. nova GM1040

oraz niemal masowo rosnące malutkie i ledwie widoczne, ale za to z pąkami kwiatowymi - Mammillaria coahuilensis GM1039 co dla nas jest wielkim zaskoczeniem, gdyż od typowego stanowiska do naszego miejsca jest dystans około 200 km. Ponadto nikt nigdy nie wspominał, że te rośliny rosną na tak rozległym terenie, pomijając fakt, że niewielu widziało je w naturze na własne oczy.

Gdy już wracamy uradowani tym odkryciem do auta, ja spostrzegam jeszcze jedną roślinę – maleńką - Lophophora  alberto-vojtechii sp. nova GM1087. Te lofofory są naprawdę niewielkich rozmiarów. Największe osiągają 3,5 cm ale większość mieści się w przedziale 1 – 2,5 cm. Wszystkie mają pąki kwiatowe, co na tak małych roślinach jest zadziwiające. Długo jeszcze błąkamy się po lagunie i fotografujemy, lecz musimy jechać dalej.

Blisko gór Sierra Jicote widzimy wzgórza, które obieramy sobie za cel wędrówki. W wiosce znajdujemy chętnego, który przeprowadzi nas przez zagrodzone tereny. Po drodze, pod krzakami Larrea tridentata (Gobernadora) widzimy wielkie skupiska

  

Lophophora williamsii GM1042 które jednak nie mają pąków kwiatowych ani kwiatów, są wielkie i przypominają populację z okolic Entronque Huizache.

Na skałach wzgórza rosną: Mammillaria chionocephala, M. heyderi, Coryphantha palmeri, Neolloydia conoidea, Echinocereus enneacanthus

Ariocarpus retusus GM1041.1  

Gdy koledzy wraz z naszym przewodnikiem już wracają, mnie zainteresowało podłoże części wzgórza, nietypowe dla tych okolic, ale już gdzieś je widziałem, prawdopodobnie na zdjęciach. Zacząłem się więc przyglądać i już po chwili zauważyłem maleńkie, nawet nie osiągające centymetra wielkości, białe główki

  

Turbinicarpus valdezianus GM1041. Niektóre rośliny miały kwiaty. Na szczęście dla mnie wyszło właśnie słońce, więc w ciągu kilku minut kwiaty się otworzyły. Większość była biała, ale niektóre miały linię środkową i dno kwiatu barwy magenta. Początkowo pomyślałem, by nie ujawniać znaleziska, lecz nie byłoby to w porządku w stosunku do moich kolegów, którzy depcząc rośliny pomaszerowali dalej, więc ich wezwałem.

Niebo znowu zaciągnęło się ołowianymi chmurami, więc pospiesznie wróciliśmy do auta. Przewodnikowi daliśmy nieco peso. Odwdzięczył nam się wręczając każdemu znajdowane na tych ziemiach groty ze strzał Indian.

Gdy dotarliśmy do lepszej drogi lunął tak gęsty i ulewny deszcz, że w minutę laguny wypełniły się wodą. Uciekamy więc dalej na zachód, do Zacatecas. Drogą wiodącą z Zacatecas do Saltillo kierujemy się na południe. Tu na szczęście nie pada. Zatrzymujemy się przy trawiastych wzgórzach w pobliżu El Tulillo. Słońce jest już bardzo nisko, więc na fotografowanie nie ma szans, ale zwiedzamy ten teren i znajdujemy Neolloydia conoidea, Mammillaria chionocephala, Echinocereus pectinatus, Echinocactus horizontalonius, Coryphantha echinoidea GM1043, Cylindropuntia tunicata, Lophophora williamsii.

Już w nocy jedziemy w okolicę Sabana Grande, by rozłożyć namioty na suchej wreszcie ziemi, między krzakami, wśród wzgórz, w pobliżu jakiejś niewielkiej osady San Antonio de Portezuello, w której poszczekiwały, być może na nas, psy.

05.02.2007 poniedziałek – Sabana Grande, Zac. 17.390 km (1880 mnpm)

Od rana robimy przegląd stanowiska, na którym przyszło nam spać. Rosną tu: Lophophora williamsii, Echinocereus pectinatus, Echinocactus horizontalonius, Coryphantha palmeri, Mammillaria heyderi.

Thelocactus hexaedrophorus v. lloydii  GM1044 o fantastycznie długich cierniach.

Wracamy około kilometra i wchodzimy między pobliskie wzgórza. Miejsce to jest już znane z obfitości różnych hybryd. Widzimy tutaj: Mammillaria pottsii, M. heyderi, Neolloydia conoidea, Echinocereus pectinatus, Lophophora williamsii, Echinocactus ingens GM1046.2

Ferocactus pilosus GM1046.4

  

Ariocarpus retusus GM1046.3                                                        Echinocactus horizontalonius GM1046

  

Thelocactus hexaedrophorus v. lloydii                                           E. horizontalonius x ingens GM1046.1 naturalny hybryd opisany przez Haldę jako E. horizontalonius ssp. diabolicus, co jest zupełnym nieporozumieniem.

Na kamienistej przełęczy między wzgórzami, nie w najniższym, błotnym miejscu, jak to zwykle ma miejsce, znajdujemy   

  

Ariocarpus kotschoubeyanus GM1045.                                           Ariocarpus retusus

Znaleziono tu również naturalne hybrydy A. kotschoubeyanus i A. retusus, ale my tego szczęścia nie zaznaliśmy.

W najniższych miejscach, na których teoretycznie powinny koczubejanusy występować, znajduję tylko - Echeveria paniculata ssp. maculata.

Kierujemy się teraz w stronę Saltillo. Za wioską Santa Rosa, droga wiedzie grzbietami wzgórz. W najwyższym miejscu zatrzymujemy się, i już na skraju drogi, ponad przydrożnym rowem znajdujemy Coryphantha palmeri,

Rapicactus beguinii GM1047 o niemal białych kwiatach,

a nad nim Ariocarpus retusus GM1047.1.

 Znów dzień się kończy. Jedziemy więc na północ, w okolice Saltillo. Od kilku dni Vojta jest chory i czuje się coraz gorzej. Najwyraźniej dopadł go wirus od Tomaša. Mijamy Saltillo i staramy się zjechać z drogi, co jest dość trudnym zadaniem. Nowymi drogami szybkiego ruchu doskonale można się przemieszczać, ale nie daje się z nich zboczyć by przenocować, lub coś ciekawego zobaczyć. Nawet zatrzymać się nie można. Udaje nam się dopiero w pobliżu wioski Estacion Higo cofnąć kilka kilometrów wzdłuż torów kolejowych. Tutaj, na zupełnie nieuczęszczanej, starej drodze, niemal pod wiaduktem, układamy się na nocleg. Pobocza drogi usłane są suchymi gałęziami, więc rozpalamy ognisko, przy którym Jarda przyrządza wspaniałą kolację.

06.02.2007 wtorek – Est. Higo, Coah. 17.610 km (1080 mnpm)

Wraz ze wstającym słońcem i my się zaczynamy ruszać. Po krótkim śniadaniu i spakowaniu, wyruszamy na pobliskie wzgórza. Na buropomarańczowych skałach, skąpo pokrytych wyższą roślinnością, spotykamy: Coryphantha difficilis GM1048, C. nickelsiae, Echinocereus stramineus, Hamatocactus hamatacanthus, Echinocactus horizontalonius GM1050, Thelocactus bicolor, Mammillaria pottsii GM1051.2, Lophophora williamsii, Neolloydia conoidea, Corynopuntia sp.

  

Epithelantha polycephala GM1049                                               Astrophytum capricorne minor GM1051.1

Thelocactus lophothele GM1051 

Opuszczamy to ustronie, wracamy na drogę szybkiego ruchu i podążamy nią na północ. W pewnym miejscu, niedaleko wioski San Ignacio Fraustro, dostrzegamy niewielki placyk przy drodze, na którym parkujemy auto i rozbiegamy się po okolicy. Po lewej stronie drogi występuje więcej roślin, które nas interesują: Mammillaria melanocentra, Echinocereus stramineus, Thelocactus bicolor, Astrophytum capricorne, Epithelantha greggii, 

Mammillaria pottsii  

Dalsza droga wiedzie nas do La Paloma, gdyż mamy nadzieję zobaczyć czerwono kwitnące nidulanse. Niestety, ani jedna roślina nie kwitnie, ani nawet nie posiada dużych pąków kwiatowych. Niemniej przyjemnie jest widzieć to stanowisko z ciekawymi roślinami: Thelocactus lophothele ssp. palomaensis GM1053 

Epithelantha unguispina GM1054.1

oraz niespodziewanie odkrywam w dolnej partii wzgórza niewielką i rozproszoną populację, najprawdopodobniej  Escobaria zilziana GM1054, chociaż kwiatów, ani ich pozostałości, nie widzieliśmy. Dzień nam szybko przeminął, więc na nocleg przemieszczamy się na północ Sierra Paila, w dolinę wioski Las Coloradas. Szybko mijamy wioskę i kiepską drogą wiodącą przez zarośla Gobernadora udajemy się jak najbliżej podnóża gór. Jak zwykle ognisko, kolacja i kładziemy się spać. Vojta jest bardzo chory, leki typu aspiryna wcale mu nie pomagają. Jutro w góry na pewno się nie wybierze.


07.02.2007 środa – Casa Colorada, Coah. 17.746 km (1200 mnpm)

Jak przewidywaliśmy, Vojta pozostaje w obozowisku, Tomaš – nieco zdrowszy – idzie na rekonesans do podnóży Sierra, natomiast ja i Jarda idziemy na całodniową wspinaczkę. Początkowo idziemy na przełaj niemal płaskim terenem do Casa Colorada. Tę nazwę reprezentuje ruina jednego budynku, w którym o dziwo zamieszkuje jakiś pasterz, proponujący nam wodę z beczki. Oczywiście nie korzystamy, ale za gościnę dziękujemy. Od tego miejsca zaczynamy się wspinać grzbietem najbliższego ramienia górskiego. Stromizna staje się coraz większa, więc coraz wolniej się posuwamy, ale ciągle pniemy się w górę. Dobrze, że mamy ze sobą cały galon wody. Im jesteśmy wyżej, tym ciekawsze rośliny przybywają. Na początku na wysokości 1320 mnpm to były:

  

Epithelantha bookei GM1056.2                                                     Neolloydia conoidea GM1056.1

oraz - Ep. greggii GM1056.3, wyżej – około 1620 mnpm to już były Agave strata ssp. falcata GM1056,

  

Epithelantha macromeris f. black GM1055, z czarnymi cierniami środkowymi na wierzchołku rośliny Mammillaria chionocephala GM1056.5.

Jeszcze 100 m wyżej znajdujemy wreszcie - Echinocereus longisetus ssp. delaetii GM1056.4 – im wyżej, tym więcej tych roślin.

Było po co się wspinać, i choć to już w moim wieku niemal niemożliwe, udało mi się bez specjalnych przerw na odpoczynki, pokonać ponad 700 m różnicy poziomów na własnych nogach i to w dość krótkim czasie. Teraz zaczęliśmy schodzić inną trasą, zmierzając w głąb kanionu. Teren stawał się coraz bardziej spadzisty i trudny. W jednym miejscu źle wymierzyłem kroki, kamień osunął się, a ja wraz z nim, łapiąc się jedną ręką ostrych skał. Szybko wstałem, ale ręka po spotkaniu z ostrą skałą, ociekała krwią. Uniosłem ją do góry i kilka minut tak schodziłem, aż przestała krwawić. Miałem jeszcze dodatkowe utrudnienie. Mianowicie moje buty, już raz sprawdzone w Meksyku, tym razem po wielokrotnym przemoczeniu i suszeniu w pierwszych dniach pobytu, po prostu się skurczyły, tak skutecznie, że każdy dodatkowy krok przynosił mi ból. Wreszcie wypompowani z sił dotarliśmy do dna kanionu, i tutaj znaleźliśmy przez wielu bezskutecznie poszukiwaną: 

Acharagma aguirreana GM1056.6,

  

Acharagma aguirreana GM1056.6,                                                   wraz z którą rosła Echeveria turgida GM1056.7

oraz Hamatocactus hamatacanthus, Echinocereus stramineus, Ec. pentalophus ssp. leonensis, Ec. pectinatus, Escobaria zilziana, Esc. chaffeyi, Mammillaria chionocephala, Coryphantha pseudoechinus, Neolloydia conoidea

Jeszcze trochę i zeszliśmy na równinę, gdzie przeważały Coryphantha pseudoechinus, Epithelantha greggii, Mammillaria lasiacantha, Lophophora williamsii, Opuntia bradtiana. Z obozowiska wyruszyliśmy o godzinie 9,30 zaś wróciliśmy o 16,30 zupełnie bez sił i wody, a moje stopy ozdobione zostały sześcioma czarnymi paznokciami, po trzy u każdej stopy. Vojta leżał przy aucie i opowiadał nam, że był tak bezsilny, że gdy cień auta rzucany przez przesuwające się słońce, zaczął się kurczyć, on nie miał sił przetoczyć się na bok. Trzeba nam wracać, ale okazało się, że przez cały dzień włączone były światła wewnątrz auta, nie miał ich kto wyłączyć, wobec czego akumulator się wyczerpał i nie możemy uruchomić silnika. Ponieważ Chevrolet Explorer jest to pełny automatic, więc o żadnym pchaniu auta nie ma mowy. Najmłodszy, czyli Tomaš wytypowany został po sprowadzenie pomocy z odległej o 5 km Las Coloradas. Po godzinie zauważyliśmy w ciemności migające światełka jadącego w naszym kierunku auta. Pomoc nadeszła. Szybko podłączono nasz akumulator do tamtego i Chevrolet zagadał. Od tego dnia zawsze już pamiętaliśmy o światłach. Rdzenni mieszkańcy Meksyku zawsze są pomocni i serdeczni. Oczywiście zawsze też ich pomoc przyjmujemy i odpowiednio wynagradzamy, by ich chęci niesienia pomocy nigdy nie osłabły. Przecież nie tylko my, ale i inni podróżujący mają różne, nie zawsze wesołe przygody. W pobliżu Las Coloradas jeszcze jedno miejsce nas interesowało, więc na nocleg udaliśmy się właśnie tam.


08.02.2007 czwartek – La Luz Dos, Coah. 17.764 km (1100 mnpm)

Słońce zalało rozległą i płaską dolinę między Sierra la Paila i Sierra San Marcos i Piños szybko podnosząc temperaturę powietrza i wyganiając nas z namiotów. Teren umożliwiał chodzenie w sandałach, do których zmuszał mnie stan stóp. Całe dno doliny pokryte było niskimi krzakami Gobernadora, ale wyłącznie w tym miejscu pod nimi rosły wielkie i żółto kwitnące egzemplarze

Epithelantha greggii GM1057 znanej też jako sp. El Oso. Zaniepokoił nas jednak fakt, że około 500 m od stanowiska w kierunku La Luz Dos stał buldożer, a teren od wioski po to miejsce był pozbawiony roślinności, zaorany. Prawdopodobnie będą tam przez kilka lat plantacje opuncji lub agaw. Oznaczałoby to koniec dla tych pięknych roślin, jakimi są Epithelantha greggii.

Tomasz przenosi zagrożone rośliny na skaliste miejsce.

Wykopaliśmy więc około 20 największych roślin i przenieśliśmy 300 m dalej, na teren nieco wyżej położony, o podłożu skalistym, który nie da się zaorać. Posadziliśmy rośliny również pod krzakami Gobernadora, by mogły egzystować dalej. Ponieważ nie jest to środowisko dla nich idealne, gdyż tam ich przed tym nie znaleźliśmy, oznacza to, że nowa generacja tam się najprawdopodobniej nie pojawi. Ale jest nadzieja, że za kilka lat, gdy już po plantacjach nie będzie śladu, a Larrea tridentata się odbuduje, nasiona z deszczem spłyną i znów będzie cieszyć nasze oczy nowa już populacja Epithelantha greggii o żółtych kwiatach. Na równinie występowały jeszcze wszechobecne Echinocereus stramineus, Echinocactus horizontalonius, Mammillaria melanocentra, M. pottsii,

Thelocactus bicolor GM1057.3 

Kilka kilometrów dalej w kierunku El Oso porośniętą niskimi krzakami równinę znaczyła grupa wyższych drzew. Pod nimi znaleźliśmy wielkie, liczące kilkadziesiąt główek, skupiska 

Lophophora williamsii GM1057.1,

a w pobliżu nie spotykany gdzie indziej endemit tej doliny Yucca endlichiana GM1057.2.

Dzień powoli się kończył, znacząc długie cienie gór, więc i my wróciliśmy, zatrzymując się za Las Coloradas. Wykonaliśmy kilka zdjęć malowniczej Sierra la Paila, zwracając również uwagę na rosnące w tym miejscu Epithelantha greggii, Coryphantha neglecta, C. salinensis, Echinocactus horizontalonius, Echinocereus enneacanthus, Ec. stramineus, Mammillaria pottsii, Hesperaloe funifera. Główną drogą skierowaliśmy się na północ, zatrzymując parę kilometrów za Ejido Santa Teresa. Tutaj na skalistym, lecz niemal płaskim podłożu występują Lophophora williamsii, Echinomastus mariposensis, Coryphantha neglecta, Ariocarpus retusus, Echinocereus pectinatus, Ec. enneacanthus ssp. brevispinus,

  

Epithelantha cryptica GM1058                                                         Ancistrocactus scheeri GM1058.1.

Teraz udaliśmy się w kierunku Monterrey, by przed osadą Mina skręcić na zachód, na znane nam już od pewnego czasu stanowisko, na którym fotografowaliśmy Epithelantha pachyrhiza ssp. pulchra GM1059, Neolloydia conoidea, Coryphantha nickelsiae, Coryphantha neglecta, C. salinensis, Echinocactus horizontalonius, Thelocactus bicolor, Astrophytum capricorne, Mammillaria melanocentra, Echinocereus pectinatus, Ec. stramineus.  Zastanawiające było, że Epithelantha pachyrhiza występowała wyłącznie na żółtych wapiennych łupkach. Na białych skałach już jej nie było. Na nocleg udaliśmy się do malutkiego i o bardzo niskim standardzie, hoteliku w miejscowości Mina, z którego już kilkakrotnie dawniej korzystaliśmy. Tutaj też zjedliśmy kolację w postaci „bistec de ranchero” przepijając piwem, którego szybko pozbawiliśmy restaurację. Vojta nadal był bardzo słaby, a i ja zacząłem odczuwać dolegliwości związane z dopadającą mnie wreszcie chorobą.



09.02.2007 piątek – hotel Mina, NL 17.963 km (730 mnpm)

Gdy przed kilkoma laty odkryliśmy w okolicy Mina populację Turbinicarpus saueri ssp. septentrionalis, postanowiliśmy zbadać pobliską i szeroko znaną ze wspinaczkowych możliwości, dolinę Potrero Chico. Wiedzieliśmy już z relacji Tony Hofera, że i tam one występują. Wjazd do doliny okazał się płatny. Może to powodowało, że poszukujący kaktusów tam nigdy nie zaglądali.

Dolina i ostre strzeliste skały tonęły we mgle, lub chmurach, lecz szybko się ona podnosiła, dopuszczając do nas słońce. Wybraliśmy jakąś ledwie przejezdną drogę, którą dotarliśmy do podnóża otaczających dolinę gór. Tutaj zostawiliśmy auto, podzieliliśmy się na dwie, a właściwie trzy grupy, tzn. Jarda i Tomaš poszli dalej drogą, ja wspiąłem się na najbliższy nawis skalny, a Vojta pozostał przy aucie z radiotelefonem, że jeśli coś znajdziemy, to go przywołamy. Już po kilku krokach od krawędzi skarpy, na którą się wspiąłem, znalazłem pierwsze poszukiwane przez nas turbiniaki, wobec czego dałem znać Vojcie, a sam nie czekając już na niego zacząłem penetrować teren pokryty roślinnością typową dla matorral submontano.

  

Pierwsze napotkane rośliny miały pąki kwiatowe, ale z upływem czasu i dostępu słońca, znajdowałem coraz więcej kwitnących egzemplarzy. Wspinałem się aż do 800 mnpm, czyli granicy występowania roślinności wyższej. Wyżej zaczynały się gołe skały, na których turbiniaki nie występowały. Do tego miejsca widziałem Escobaria runyonii, Echinocereus viereckii, Ec. pentalophus ssp. leonensis, Mammillaria melanocentra no i oczywiście

Turbinicarpus aff. saueri ssp. septentrionalis GM1060. Muszę przyznać, że ta populacja turbiniaków znacznie się różni od opisanych przez nas w pierwopisie. Siewki niemal nie różnią się od typu, ale im starsza roślina, tym mniej cierni bocznych posiada. Typ posiada od 22 do 32 cierni bocznych. Te nigdy nie miały więcej niż 21, zwykle ilość ta zawierała się w przedziale 11-17, ale u jednego egzemplarza obserwowałem tylko 7 cierni bocznych. Cierniami środkowymi niemal się nie różniły. W zasadzie rośliny te, a przynajmniej niektóre z nich, najbardziej przypominały Turbinicarpus saueri ssp. gonzalezii. Jest to bardzo ciekawa populacja. Najładniej prezentowały się kwitnące jednostki w słonecznych miejscach na krawędzi skarpy.

Teraz nadszedł czas na opracowany przeze mnie odcinek trasy, z mojego punktu widzenia ciekawy z uwagi na rodzaj Thelocactus, ale nie powinno brakować interesujących Jardę epitelant. Jedziemy więc na zachód. Zatrzymaliśmy się przy skalistym zboczu po prawej stronie drogi, za San Antonio de Arista. Na białych wapieniach fotografujemy: Mammillaria melanocentra, Echinocactus horizontalonius, Neolloydia conoidea, Astrophytum capricorne,

  

Thelocactus lophothele GM1061, niektóre kwitną żółto lub z różowymi przebarwieniami.

Mijamy Icamole i po lewej stronie, na żółtych wapieniach obserwujemy: Echinocactus horizontalonius, Coryphantha nickelsiae, Coryphantha salinensis, Astrophytum capricorne, Echinocereus stramineus, Epithelantha greggii,

  

Thelocactus lophothele GM1062.

Zatrzymujemy się za El Milagro, gdzie Jirka Krechowsky widział ciekawe rośliny, ale najwidoczniej nie trafiamy dobrze, bo nic tu nie rośnie ciekawego. Kierujemy się więc za El Delgado, gdzie na bliskim drogi, równolegle biegnącym wzgórzu o żółtych wapiennych skałach widzimy: Epithelantha pachyrhiza ssp. elongata GM1063, Echinocactus horizontalonius, Coryphantha neglecta, C. nickelsiae, Coryphantha salinensis,

  

Thelocactus lophothele GM1064 kwitnący również żółto.

Ciekawi nas również dolina kryjąca się za wioską Carnicitos, lecz gdy do niej dojeżdżamy, słońce jest już nisko, co oznacza, że jej nie zbadamy. Przed wioską zatrzymujemy się jednak, by zobaczyć: Epithelantha pachyrhiza, Lophophora williamsii, Coryphantha neglecta, Echinocactus horizontalonius. Próbujemy jeszcze dostać się do Paredon. Jedziemy całkiem zdegenerowanym terenem, zniszczonym jakimiś fabrycznymi napływami. W pewnym miejscu drogę przecina głęboki wąwóz nieprzejezdny dla pojazdów bez napędu na cztery koła i nisko zawieszonych. Wracamy, mijamy Icamole i jedziemy przez miasteczko Garcia , gdyż zamierzamy nocować wysoko, przy nadajniku MO Grutas. Dostajemy się tam w zupełnej ciemności. Mamy przepiękny widok z wysokości na rozświetlone w dole wioski i miasteczko Garcia. Ja śpię w aucie. Mam temperaturę 38,9 oC. Vojta też czuje się coraz gorzej, już prawie z auta na eskapady nie wychodzi. Jeszcze tylko Jarda jest przy zdrowiu. Co będzie, gdy i jego dopadnie choroba? Kto wówczas będzie kierowcą?

10.02.2007 sobota – MO Grutas, NL 18.137 km (998 mnpm)

Od rana toniemy we mgle lub chmurach na wysokości 1000 mnpm, tylko od czasu do czasu widzimy górujące nad nami, białe, strzeliste skały. W rejonie mikroondy znajdujemy Echinocereus viereckii, Ec. pentalophus ssp. leonensis, Coryphantha nickelsiae,

Thelocactus lophothele GM1065, niepodobny do innych, wygląda jak przejście między ssp. lophothele i ssp. rinconensis, o krótkich, smoliście czarnych u podstawy cierniach, zwykle trzech lub czterech. Zjeżdżamy do samej podstawy góry i nieco dalej w kierunku doliny Grutas de Garcia zatrzymujemy się by porównać rośliny tu występujące Coryphantha nickelsiae, C. salinensis, Echinocereus pectinatus, Ec. stramineus, Ec. pentalophus ssp. leonensis, Ec. viereckii ssp. huastecensis,

Thelocactus lophothele „apricot” GM1066 rośliny identyczne z GM1065, kwitnące kwiatami żółtymi pierwszego dnia, które stają się coraz bardziej czerwone każdego następnego dnia. 

Mammillaria melanocentra GM1066.1. Teraz wiedzie nas droga wzdłuż linii kolejowej do La Rinconada.

W połowie drogi widzimy wykolejone i częściowo zniszczone wagony, których nikt nie zamierza stąd zabrać. Robimy kilka zdjęć i podążamy na następne znane miejsce przy MO Mariposa, lub jak niektórzy nazywają MO Rinconada. Kręta droga zakosami wspina się na wysokość niemal 1600 mnpm. Zatrzymujemy się po drodze na wysokości 1350 mnpm i znajdujemy: Mammillaria pottsii, Mammillaria candida, M. melanocentra, Lophophora williamsii, Thelocactus lophothele. Wjeżdżamy na wierzchołek. Tutaj, jak niemal wszędzie po północnej stronie doliny łączącej Saltillo z Monterrey, skały wapienne są żółte, co oznacza, że są to skały osadowe morsko-lądowe. Na nich w pierwszej chwili dostrzegamy całe mrowie wielkich, osiągających do 10 cm

  

krocionogów z grupu Diplopoda, o czarnych odwłokach i czerwonych głowach, prawdopodobnie Narceus americanus. Są tu także ciekawe kaktusy: Echinofossulocactus multicostatus GM1068.1

  

Sedum wrightii GM1068.4,                                                                    Mammillaria melanocentra GM1067 

Mammillaria plumosa GM1068.2 

Thelocactus lophothele GM1068.

Teraz chcemy porównać populacje ze skał białych, położonych na południowej stronie doliny. jedziemy więc do niewielkiej dolinki Higueras, gdzie znajdują się kopalnie wapieni znaczących te góry białymi szramami. Tu fotografujemy: Epithelantha pachyrhiza, Echinocereus reichenbachii, Ec. stramineus, Escobaria chaffeyi, Mammillaria chionocephala,

  

Thelocactus lophothele ssp. rinconensis GM1069 o kwiatach białych lub jasno różowych  

Nieco niżej widzimy Lophophora williamsii, Coryphantha delicata, Echinocereus reichenbachii, Mammillaria pottsii. Wracamy do głównej trasy i kierujemy się do miasteczka Arteaga, gdzie mieszka znany chłopakom z Czech artysta a zarazem aptekarz Carlos, a ten jest nam, a szczególnie Vojcie coraz bardziej niezbędny. Po drodze postanawiamy jeszcze odwiedzić znane stanowisko Turbinicarpus valdezianus, co jest dość trudne do wykonania z uwagi na ogrodzoną na całej długości autostradę. Na szczęście za punktem płatniczym nazywanym tu „cuota” na poboczu zorganizowano niewielki parking, z którego ochoczo korzystamy. Oczywiście ogrodzenie nigdy nie stanowiło dla nas problemu, więc przy zachodzącym już słońcu udajemy się na pagórki. Brak tu jakichkolwiek krzaków, tylko Agave lechuguilla i Hechtia sp. oraz: Coryphantha delicata, C. poselgeriana, Echinocereus reichenbachii, Ec. stramineus, Ancistrocactus scheeri, Thelocactus bicolor, Lophophora williamsii jak i poszukiwany przez nas 

  

 Turbinicarpus valdezianus GM1068.3 z zamykającymi się już kwiatami. Teraz, już o zmroku jedziemy do Arteaga. Jarda telefonuje do Carlosa, umawiamy się w centrum i po kilkunastu minutach podjeżdża Carlos z rodziną przedpotopowym autem. Carlos zabiera nas do niedaleko położonej apteki. Zaopatrujemy się w piwo i tacos. Resztę dnia spędzamy w zamkniętej o tej porze aptece. Idą w ruch także moje polskie napitki, a szczególnie smakująca meksykanom najbardziej Żubrówka. Vojta otrzymuje antybiotyk typu penicylina. Mnie temperatura całkowicie opadła, więc pozostaję tylko przy aspirynie. Apteka jest miejscem, gdzie można kupić leki farmaceutyczne, co nie oznacza, że brak tam leków tradycyjnych ludowych. Do takich leków należy oczywiście nalewka na Lophophora williamsii łagodząca bóle stawów. Spróbowałem jej niewielką ilość, raczej dla smaku niż efektu. Smak cierpki, nieciekawy. Objawów po takiej ilości oczywiście nie miałem żadnych. Dalszym specyfikiem aptekarskim była marihuana, którą Carlos wymieszał z tytoniem, ponownie upychając ją w bibułkę papierosową. Tylko Jarda dał się namówić na wypalenie, ale też nie stwierdził żadnych efektów palenia. Noc spędziliśmy w aptece na leżankach pod śpiworami.


11.02.2007 niedziela - Arteaga, Coah. 18.270 km

Jarda i Carlos wracają z zakupów.

Od rana zrobiliśmy zakupy w pobliskich sklepach, by rodzina Carlosa mogła przygotować nam wspólny obiad. Dom Carlosa i jego rodziny położony jest na obrzeżach miasta, przy głównej drodze przelotowej, o typowej slumsowej zabudowie. Przed ogrodzeniem stoją wraki samochodów, niektóre jeszcze są na chodzie. Za ogrodzeniem po prawej stronie stoi stary dom rodziny, natomiast w głębi wybudowany nowy dom Carlosa i jego żony. Dom pokryty blachą falistą od spodu zaizolowany przed gorącem natryśniętą pianką poliuretanową. Przed domem znajduje się warsztat pracy artysty rzeźbiarza. Carlos fantastycznie rzeźbi w kamieniu, natomiast jego teść rzeźbi w drewnie. Te drewniane rzeźby są dość prymitywne, natomiast rzeźby kamienne to zupełnie inna jakość – widać w nich ducha artysty. Za te prace sprzedawane na corocznych giełdach artystycznych w Monterrey Carlos kupił swój zabytkowy samochód, otworzył aptekę oraz założył rodzinę. Teraz uważa, że on i jego rodzina byt  ma już zapewniony. Na obiad jesteśmy zaproszeni do domu teściów. Jest zupa warzywno – mięsna, oraz mięsne danie barbeque, wszystko bardzo pikantne, ale smaczne. Do picia tradycyjna kawa neska. Dziękujemy za zaproszenie i spożyty obiad i udajemy się w dalszą drogę. Jeszcze na odjezdnym Jarda otrzymuje drewnianą sowę a Vojta jelenia, któremu niestety nie służyła dalsza droga zapchanym autem. Połamały mu się rogi. Jest piękna słoneczna pogoda, więc prawdopodobnie kwitną wczorajsze turbiniaki. Zatrzymujemy się znowu na autostradzie i idziemy na znane miejsce.

Nie musieliśmy iść aż tak daleko, bo już na skraju wzgórza zauważyłem kwitnące rośliny. Ta populacja charakteryzuje się pięknymi, ciemno czerwonymi kwiatami.

Postanowiliśmy zwiedzić dolinę na południowy wschód od Monterrey, w centrum Sierra Cerro de la Silla, gdzie utworzony jest park „Parque Recreativo Charco Azul”. Dojazd do tej doliny bez wcześniejszego przygotowania nawigacji GPS jest niemal niemożliwy. Postanowiliśmy dojechać do niej trasą od południa przez wąwóz La Boca. Dolina jest dość mocno porośnięta wysokimi drzewami i krzewami. Na drzewach nie brakuje epifitów z rodzaju Tillandsia. W dolinie jest wilgotno i dość ciemno. Już na początku doliny, pod drzewami znaleźliśmy Selenicereus sp., Agave bracteosa o cienkich liściach, Manfreda sp., Echinocereus viereckii ssp. morricalii, oraz

Mammillaria prolifera GM1070 z owocami. 

Dolina jest mocno zarośnięta drzewami sięgającymi szczytów, więc rezygnujemy z dalszego penetrowania. Przejeżdżamy gwarnymi ulicami Monterrey i kierujemy się na północ ku Lampazos. W pobliżu Candela skręcamy na zachód i kilkanaście kilometrów dalej znajdujemy miejsce nadające się na nocleg.

12.02.2007 poniedziałek – Candela, Coah. 18.701 km (500 mnpm)

Przed nami, na tle dość wysokich gór, rozciągał się niewysoki, płaski grzbiet wzgórza o żółtawych skałach, na których obfitowała Epithelantha macromeris typ Bustamante GM1071, C. neglecta, Echinocereus stramineus, Ec. enneacanthus ssp. brevispinus, Escobaria runyonii, Mammillaria heyderi, Hamatocactus hamatacanthus, Coryphantha salinensis,

  

Echinocereus pectinatus ssp. wenigeri GM1071.1                                           Ancistrocactus scheeri.

Pojechaliśmy nieco dalej, aż do przedgórza Sierra Pajeros Azules. Tu, na ostrych krawędziach wyszczerbionych płyt skalnych, skośnie sterczących z podłoża, znaleźliśmy: Echinocereus fitchii/reichenbachii, Ec. enneacanthus ssp. brevispinus, Ec. stramineus, Coryphantha neglecta, C. salinensis, Ancistrocactus scheeri GM1071.2. Wracając w kierunku Monterrey zjechaliśmy w jakąś nowo utworzoną, boczną drogę w lewo, biegnącą w kierunku Sierra Lampazos. Po pewnym czasie jednak droga skręciła i jej przebieg był już równoległy do masywu górskiego. Z prawej strony ukazało się wzgórze o czerwonych, wulkanicznych skałach, lecz na nim występował wyłącznie Echinocereus enneacanthus ssp. brevispinus. Za El Tinaje jeszcze raz skręciliśmy jakąś ledwie widoczną drogą w lewo, w kierunku gór. Dokoła biała, skalista ziemia, porośnięta dość rzadko krzakami Gobernadora obfitowała w: 

  

Epithelantha greggii GM1072 

  

Ancistrocactus scheeri GM1072.1

a oprócz tego Coryphantha neglecta, Mammillaria heyderi. Jedziemy jeszcze bliżej gór, lecz nie ujechaliśmy daleko, łapiąc gumę. Po wymianie mogliśmy tylko wracać, nie ryzykując utraty następnej. Po prawej stronie wznosiło się niewysokie wzgórze, lecz dość obficie porośnięte krzakami, między którymi występowały dość rzadko: Coryphantha neglecta, Ancistrocactus scheeri, Escobaria runyonii, Echinocereus pectinatus, Ec. pentalophus ssp. leonensis. Jadąc dalej drogą powrotną zainteresowała nas dolina w pobliżu miejscowości El Potrero. Niestety okazało się, że dolina jest własnością prywatną, ogrodzoną i zamkniętą. Zostawiliśmy więc auto, przekroczyliśmy płot i ruszyliśmy przed siebie, rozdzielając się na dwie grupy. Ja poszedłem w prawo, w niewielką boczną odnogę doliny, pozostali poszli wzdłuż wypływającej z doliny rzeczki. Na zboczu widziałem: Echinocereus viereckii, Ec. enneacanthus ssp. brevispinus, Escobaria runyonii żółto zabarwiona. Koledzy nie znaleźli nic godnego uwagi, natomiast stwierdzili, że dolina jest bardzo wilgotna, zielona, gęsto porośnięta. Opuszczamy dolinę, wracamy do trasy i poniżej gór skręcamy w lewo ku wiosce Mamulique. Dalej droga zmienia się z asfaltu na „brecha”. Gdy widzimy mostek pod autostradą, zatrzymujemy się i badamy teren przy zachodzącym już słońcu. Na prawie płaskim terenie znajdujemy Echinocereus pentalophus ssp. leonensis, Ancistrocactus scheeri, Neolloydia conoidea, Coryphantha salinensis, Escobaria runyonii,

  

Ariocarpus trigonus GM1072.2 o brodawkach z charakterystycznymi pierścieniami dla retusus, oraz z cierniami w areolach u niektórych roślin 

Opuntia sp.

Już po zmroku wracamy do znajomego hotelu w miasteczku Mina, gubiąc się przy okazji jednego objazdu Monterrey.

13.02.2007 wtorek – hotel Mina, 18.960 km (150 peso za pokój)

Nocowaliśmy w tym hotelu, bo tak byliśmy umówieni z innym zespołem, z którym tu i teraz mieliśmy się spotkać, ale widocznie coś im wypadło i nie stawili się na umówione miejsce. Ten dzień postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie jednego z najbardziej znanych, Huasteca Cañon. Dość łatwo do niego trafić. Do kanionu wjeżdża się asfaltową drogą. która dość szybko się kończy, ale widać zaawansowane prace nad zaasfaltowaniem każdego dostępnego skrawka kanionu.

Niewątpliwie niszczy to krajobraz, ale przy tak często odwiedzanym przez mieszkańców Monterrey terenie traktowanym jako rekreacyjny, może jest to działanie słuszne. Na pierwszym miejscu, które przyszło nam spenetrować, stromych wapiennych skałach, widzieliśmy: Epithelantha micromeris, Echinocereus viereckii ssp. huastecensis, Mammillaria chionocephala, Neolloydia conoidea,

  

Escobaria runyonii GM1073.1                                                  Mammillaria plumosa GM1073.4.

Nieco dalej w głąb, po prawej stronie kanionu, za łanami wspaniale tu rosnącego jakiegoś Kalanchoe, znajdujemy na skałach tylko  Mammillaria melanocentra. Po drodze zatrzymujemy się przy wzgórzu po lewej, na którym widzimy: Mammillaria melanocentra, Mammillaria prolifera, Echinocereus stramineus, Ec. reichenbachii ssp. armatus.  Jako następne stanowisko obieramy skarpę po lewej stronie, przy której zorganizowane jest mini rancho. Trudno się wspiąć na tę skarpę, ale w kilku miejscach jest to możliwe, więc i my jesteśmy na górze. Przyciągają nas tutaj widoczne z daleka, wspaniałe 

Agave victoria-reginae GM1073,

  

są tu jeszcze - Mammillaria melanocentra GM1073.2 

  

Echinocereus reichenbachii ssp. armatus GM1073.3 

oraz Echinocereus stramineus, Ec. enneacanthus ssp. brevispinus. Staramy się zwiedzić kanion jak daleko się tylko da. Kiedyś był on przejezdny do końca, oczywiście dobrym autem. Szybko okazuje się to jednak niemożliwe, ponieważ w 1/3 długości kanionu ustawiono tamę, która broni przed kataklizmem miasto w trakcie często występujących tu ulewnych deszczy, tworząc sztuczny zbiornik wody zaopatrujący miasto Monterrey. Dostęp do tamy i zbiornika jest również zabroniony przez ustawioną tam wojskową ochronę. Możemy tylko wrócić. Tutaj, w pobliżu tamy znajdujemy Agave victoria-reginae. Wracając, skręcamy w lewo, w drogę wiodąco do jakiejś odnogi kanionu. Jednak droga szybko skręca w lewo, ku ranczom. Zostawiamy więc auto i idziemy w górę. Docieramy do skraju gęsto porośniętego i stromego kanionu, gdzie na skałach udaje nam się wypatrzeć jedynie Mammillaria prolifera. Opuszczamy uroczy kanion, mijamy Santa Catarina i zatrzymujemy się wśród pagórków opanowanych przez wszechobecne tu kopalnie. Na niezniszczonych jeszcze terenach znajdujemy Mammillaria prolifera, M. melanocentra, Neolloydia conoidea, Ancistrocactus scheeri, Coryphantha nickelsiae, Echinocereus pentacanthus ssp. leonensis, Ec. enneacanthus ssp. brevispinus, Hamatocactus hamatacanthus, Selaginella sp. Jeszcze raz chcemy spojrzeć z bliska na Sierra las Mitras, więc wracamy i zatrzymujemy się w jedynym dostępnym miejscu. Lepsze z naszego punktu widzenia miejsca są ogrodzonymi i pilnowanymi przez strażników kopalniami – kamieniołomami, w których wydobywa się dla celów przemysłowych wapień. Występują tu: Coryphantha nickelsiae, Epithelantha unguispina. Stąd już o zmroku jedziemy w kierunku Castaños, gdzie zamierzamy spędzić noc, by od rana penetrować okolicę. Mijamy senne miasteczko i zapadamy na nocleg w pobliżu gór Sierra La Gloria.

14.02.2007 środa – Castaños, Coah. 19.300 km (800 mnpm)

Po śniadaniu rozglądamy się po okolicy. Między nami i górami jest głęboki nieprzejezdny kanion. Nie tędy więc droga. Ale tu znajdujemy: Epithelantha greggii, Neolloydia conoidea, Coryphantha neglecta, Echinocereus pectinatus. Wracamy, przemieszczamy się przez miasto dalej na północ i znów próbujemy w kierunku gór. Tym razem trafiamy na naszą starą drogę przeprawy przez suche dno rzeki. Droga wiedzie zakosami w górę. Zatrzymujemy się i widzimy Thelocactus bicolor, Coryphantha neglecta,  Ariocarpus retusus, Escobaria zilziana.  Nieco dalej rosną: Neolloydia conoidea, Epithelantha greggii, Ep. unguispina, Escobaria zilziana. Jedziemy coraz wyżej, gdzie widzimy te same rośliny co niżej: Neolloydia conoidea, Epithelantha greggii, Ep. unguispina, Escobaria zilziana. Dalej już nie da się jechać naszym autem, ale z tego miejsca widzimy dalsze miejsca do penetracji. Jarda wybiera się na widoczne nad nami skały, na których rosną jakieś palmy, ja natomiast, jako cel obrałem niewyraźną, ale różniącą się od okolicy grupę skał jakieś 300 m dalej przy drodze. Ponieważ Jardzie jest po drodze idziemy razem. Już krótkie spojrzenie z bliska na wybrane przeze mnie stanowisko daje nam spore zadowolenie. Odkrywamy tu, niespodziewanie na tak dużej wysokości, liczną populację kwitnących: 

  

Turbinicarpus valdezianus GM1074.

  

Są to dość duże rośliny o fioletowych kwiatach, z którymi rosną Coryphantha neglecta, Epithelantha unguispina, Echinocereus pectinatus, Ec. enneacanthus ssp. brevispinus, Agave strata ssp. falcata,

  

Ariocarpus retusus GM1075.2 - Escobaria zilziana GM1075.3.

Po takim znalezisku Jardzie odechciało się wędrować wyżej. Więc wracamy, by zatrzymać się przy już kiedyś odwiedzonym stanowisku, na którym rośnie: 

Ancistrocactus brevihamatus pallidus GM1075.5 z otwartymi kwiatami 

  

Thelocactus bicolor GM1075 znany z cenników jako sp. Monclova

  

Neolloydia conoidea GM1075.1                                                       Echinomastus mariposensis GM1075.4

Echinocereus enneacanthus ssp. brevispinus GM1075.5 nieco odmiennie ocierniony

oraz Echinocereus pectinatus, Coryphantha neglecta, Epithelantha unguispina.

Ponieważ dzień się jeszcze nie skończył, chcemy przeskoczyć jak tylko daleko się da, na północ stanu Coahuila. Mijamy więc Melchor Muzquiz i przed Sierra El Carmen skręcamy w doskonale wykonaną, choć żwirową drogę wiodącą do granicznej miejscowości Meksyku i USA, La Linda Aduana. Nocujemy w połowie drogi tuż przy głównej, o tej porze już nieuczęszczanej drodze.

15. 02.2007 czwartek – 30 km przed Mina Aqua Chile, Coah. 19.680 km

Dzisiejszy i jutrzejszy dzień poświęcamy przeglądowi terenu, na którym teoretycznie, jak w całej północnej części stanu Coahuila,  mogłaby występować legendarna już roślina Mammillaria luethyi. Po krótkim śniadaniu ruszamy ku pierwszemu naszemu celowi, jakim wyznaczyliśmy zamkniętą dolinę z kopalnią Mina Aqua Chile. Dno doliny to typowy pastizal, czyli lekko nachylona równina pokryta trawą, wśród której rosły: Ariocarpus fissuratus, Ancistrocactus brevihamatus pallidus, Echinocactus horizontalonius, Escobaria strobiliformis, Neolloydia conoidea, Echinocereus dasyacanthus. Po opuszczeniu doliny kierujemy się ku wiosce Cuatro Palmas. Za wioską nie znajdujemy jednak żadnych roślin, ani terenów, na których mogłaby poszukiwana mamilaria rosnąć. Wracamy na drogę, która staje się coraz gorzej przejezdna. Tu znajdujemy: Escobaria dasyacantha GM1075.7, Echinocactus horizontalonius, Mammillaria lasiacantha GM1075.11,

Coryphantha echinus GM1075.6.

Następny przystanek robimy za rozdrożem. Tu widzimy: Epithelantha micromeris, Echinocactus horizontalonius, Echinocereus dasyacanthus, Mammillaria lasiacantha. Dotarliśmy do przesmyku górskiego La Borrada, w którym droga zaczęła nagle stromo opadać, lecz jej stan był gorszy niż przewidywaliśmy. Aby nasze auto mogło ją pokonać, ja prawie cały czas szedłem przed nim i układałem kamienie tak, by jakoś można było przejechać nie zawieszając się na skałach. Droga powrotna nie zapowiadała się zatem zbyt ciekawie. Niemniej udało się szczęśliwie przebrnąć przesmyk i wjechaliśmy do doliny, gdzie widzieliśmy: Echinomastus warnockii, Opuntia violacea, Echinocereus dasyacanthus,

Echinocactus horizontalonius GM1075.9.

Niestety dla naszego auta to był koniec trasy, gdyż zamknięta na kłódki brama uniemożliwiała dalszą wędrówkę ku granicy, a zostało nie więcej jak 20 km. Postanowiliśmy przejść przez zasłaniające nam widoki wzgórza i zobaczyć, co znajduje się dalej. Dobre 4 kilometry musieliśmy ujść, by nieco odsłonił się krajobraz. W oddali, za ranczem Casa Blanca zobaczyliśmy bielejące niskie wzgórza. Nie dbając o chylące się słońce, żywo ruszyliśmy naprzód z nadzieją na nowe. Dość dobrze nam się szło, bo było cały czas z górki.

W pobliżu bielejących wzgórz znaleźliśmy roślinę nienotowaną dotąd w Meksyku, a mianowicie Escobaria albicolumnaria GM1075.8. Pięknie wyglądające z daleka, białe wzgórza na pewno nie były tym, czego poszukiwaliśmy, ale nie były zupełnie bez wartości.

Na tych wzgórzach występowała populacja niewielkich gabarytowo Ariocarpus fissuratus GM1075.10 o wyrazistym rysunku brodawek. Powracaliśmy już przy gasnącym świetle, a w plecy zaczął coraz mocniej wiać zimny, przewiewający do szpiku kości wiatr północny, płynący z ośnieżonych terenów Stanów Zjednoczonych. A iść trzeba było pod górę. Ostatnie kilka kilometrów przeszliśmy w całkowitej ciemności, tak, że gdyby nie wiodąca nas do celu, lekko zagłębiona w terenie droga, nigdzie byśmy nie dotarli. Zmarznięci, przewiani ale szczęśliwi, dotarliśmy wreszcie do auta. Wieczór zapadał, więc starym zwyczajem urządziliśmy obozowisko z ogniskiem i gotowaniem strawy. Noc była zimna, mroźna.


16. 02.2007 piątek – brama przed rancho Casa Blanca, Coah. 19.750 km (1190 mnpm)

Obudził nas o świcie warkot przejeżdżającego obok nas auta, lecz nie słychać było, by brama została otwierana. Zdziwiło nas to bardzo i zaczęliśmy poszukiwać śladów. Jakież było nasze zdziwienie, gdy odkryliśmy, że około 20 m od bramy na drodze, ogrodzenie daje się przygiąć do ziemi i można po nim przejechać, oczywiście pod warunkiem, że dysponuje się innymi oponami, tj. takimi, którym drut kolczasty krzywdy nie robi. Naszego auta to oczywiście nie dotyczyło. Droga powrotna oczywiście była, jak przewidywaliśmy trudna, ale przebrnęliśmy ją z powodzeniem, jak poprzednio podkładając kamienie pod koła. Tym razem, by nie powtarzać trasy, skręciliśmy w rozwidlenie dróg w lewo. Najpierw zajechaliśmy do osady Mal Abriego, gdzie na wzgórzu położonym na północ od osady znaleźliśmy: Glandulicactus uncinatus, Neolloydia conoidea, Escobaria strobiliformis, Echinocactus horizontalonius GM1077, Ariocarpus fissuratus, Mammillaria lasiacantha,

  

Epithelantha micromeris GM1076,                                                  Escobaria dasyacantha.

Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach o różnym typie wegetacji. Tu widzieliśmy: Neolloydia conoidea, Coryphantha echinus, Neolloydia conoidea, Escobaria strobiliformis, Glandulicactus uncinatus, Echinocactus horizontalonius, Coryphantha echinus, Echinocereus dasyacanthus, Mammillaria lasiacantha. Te same rośliny znaleźliśmy na następnym stanowisku. Dalej widzieliśmy tylko Neolloydia conoidea, Echinocereus dasyacanthus, Yucca rigida. Jeszcze dalej zobaczyliśmy niewielką odkrywkową kopalnię płyt wapiennych, zapewne do budowy okolicznych domów, ponieważ taka była tu struktura skał. Jednak roślin żadnych nie widzieliśmy. Ale już kilometr dalej rosły Neolloydia conoidea, Echinocereus dasyacanthus, Echinocactus horizontalonius, Escobaria strobiliformis. Skręciliśmy w lewo w kierunku Las Norias. Szybko nas jednak okolica zniechęciła, więc zawróciliśmy do drogi głównej. Za Jose Maria Morelos przy stożkowym wzgórzu skręciliśmy w kiepską drogę w lewo, okrążyliśmy wzgórze, przejechaliśmy przez nie zamkniętą na kłódki bramę i ruszyliśmy ku bielejącym na horyzoncie górom. Zatrzymaliśmy się niedaleko gór. Tu były tylko: Coryphantha echinus GM1078, 

Yucca coahuilensis GM1078.1 o bardzo włóknistych, żeby nie powiedzieć włosami pokrytych liściach.

Nieco dalej droga wiodąca w góry przecinała ogrodzone ranczo, a ranczer sprzeciwił się wjazdowi, mówiąc, że takim autem tylko utkniemy w górach i on będzie miał same kłopoty. Te góry niewątpliwie należałoby bliżej spenetrować, gdyż są bardzo ciekawe. Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym miejscu, gdzie występowały Neolloydia conoidea, Echinocereus dasyacanthus. Teraz już widzieliśmy, że czas na poszukiwania mamilarii nam się skończył, słońce się zniżało, więc czym prędzej obraliśmy kierunek na Monclova, a następnie na Cuatro Cienegas. Nocleg urządziliśmy sobie za Sacramento, w niewielkim, ale zarośniętym trzciną cukrową obniżeniu terenu, w niewielkiej odległości od głównej drogi Mex30, z której byliśmy jednak niewidoczni.


17. 02.2007 sobota – Sacramento, 20.200 km (620mnpm)

Po lewej stronie niedaleko drogi, sterczą ostre skały, na które się wdrapujemy. Kaktusów jest tu sporo Echinocereus pectinatus, Escobaria strobiliformis, Esc. zilziana, Hamatocactus hamatacanthus, Coryphantha neglecta, C. pseudoechinus, Epithelantha micromeris, Mammillaria melanocentra,

  

Echinocereus stramineus GM1078.2                                              M. lasiacantha GM1078.3 o bardzo pierzastych cierniach, niespotykanych u innych populacji.

Przed San Juan skręcamy w lewo w piaszczystą lagunę, a następnie jeszcze raz w lewo, by zbliżyć się jak najbardziej do skalistych wzgórz. Idąc laguną ku skałom spotykamy: Ancistrocactus scheeri, Coryphantha neglecta natomiast na skałach Escobaria strobiliformis, Echinocereus stramineus,

  

Astrophytum crassispinum GM1078.8,                                               Mammillaria lasiacantha GM1078.7.

Wracając większą uwagę przykładam do widzianych roślin, więc dostrzegłem jeszcze Coryphantha macromeris, Echinocereus enneacanthus, Ec. stramineus,

  

Homalocephala texensis GM1078.4                                                 Ancistrocactus scheeri GM1078.5 

Escobaria vivipara GM1078.6 

 Miał tu jeszcze występować Ancistrocactus brevihamatus lecz nie mieliśmy szczęścia go widzieć. Być może ktoś pomylił go z Ancistrocactus scheeri. Teraz mijamy Cuatro Cienegas i wzdłuż torów kolejowych jedziemy na zachód płaską laguną porośniętą

niemal wyłącznie agawami i Opuntia bradtiana.

Po 20 kilometrach zatrzymujemy się widząc już z auta Epithelantha greggii, Ariocarpus fissuratus, Echinocactus horizontalonius, Opuntia bradtiana, Echinocereus stramineus.  Jeszcze dziesięć kilometrów dalej i przy drodze wyrasta spore i strome wzniesienie, na które się mozolnie wspinamy. Tu już więcej roślin możemy zanotować Echinocactus horizontalonius, Opuntia bradtiana, Echinocereus stramineus, Escobaria strobiliformis,  M. heyderi GM1079, Ariocarpus fissuratus, Epithelantha greggii GM1080,

  

Mammillaria pottsii GM1080.2,                                                      Astrophytum niveum GM1080.1.

Wracamy do Cuatro Cienegas, a następnie podążamy na południe, by wspiąć się na skały zaczynającego się tutaj masywu Sierra San Marcos i Piños. Obfitość kaktusowej flory jest tutaj zadziwiająca, więc jest co fotografować i nad czym się pochylać:  Echinocactus horizontalonius, Epithelantha greggii, Ep. bookei, Echinocereus stramineus, Ec. primolanatus, Escobaria strobiliformis, Escobaria duncanii, Coryphantha echinus, C. pseudoechinus, C. poselgeriana, Lophophora williamsii, Echinomastus mariposensis, Ariocarpus fissuratus, Hamatocactus hamatacanthus, Mammillaria heyderi, M. lasiacantha. Teraz znowu będziemy mieli daleką trasę, gdyż przez Torreon na południu, udajemy się na północ do Ciudad Jimenez i dalej przez Santa Rosalia de Camargo już w stanie Chihuahua kierujemy na Ojinaga. Nocleg urządzamy jednak około 30 km za skrzyżowaniem przed Camargo, w pobliżu wioski Las Cotorras (Abandonada).

18. 02.2007 – niedziela – Las Cotorras, , 20.910 km

Świt budzi nas w miejscu, gdzie kaktusy nie rosną, więc jedziemy dalej na północ. Podobają nam się wapienne wzgórza Sierra La Vibora u stóp których położona jest Santa Anita, lecz tym razem nie mamy czasu, bo raczej chcemy od Ojinaga przejechać górami lub pograniczem stanów Coahuila i Chihuahua na południe. Zaciekawia nas jednak okolica Santa Lucia na tyle, że wjeżdżamy na Rancho Negrito i prosimy o zgodę na penetrowanie ich posiadłości. Dostajemy ją oczywiście wraz z przewodnikiem w postaci może dziewięcioletniego syna właściciela. Na wzgórzach znajdujemy: Mammillaria lasiacantha GM1082, Escobaria strobiliformis, Echinocereus pectinatus, Glandulicactus uncinatus, Coryphantha delaetiana,

Lophophora williamsii GM1081.

Również przed Potrero del Llano skręcamy w lewo w kierunku gór, lecz jesteśmy zatrzymani przez wojskowy patrol. Po wypytaniu po co tu jedziemy, pozwalają nam zwiedzić okolicę. Okazuje się, że tutaj jest baza zaopatrzenia wojska w wodę pitną, więc muszą być ostrożni. My raczej nie zagrażamy wojsku, więc możemy robić swoje. Na stokach góry znajdujemy niewielkie populacje  Escobaria strobiliformis, Echinocereus dasyacanthus, Ec. enneacanthus, Ec. strobiliformis, Echinocactus horizontalonius, Ariocarpus fissuratus, Mammillaria pottsii. Teraz jedziemy na wschód wzdłuż granicy. W Paso de San Antonio próbujemy wjechać w góry.

W okolicy cmentarza przed Boquillas de San Isidro znajdujemy: Escobaria variicolor, Echinocereus dasyacanthus, Opuntia violacea. Droga staje się coraz bardziej nieprzejezdna dla naszego auta. Docieramy w jakiś sposób do San Antonio, ale tam mówią nam, że dalej tak niskim pojazdem na pewno nie mamy szansy dojechać. Wracamy więc na starą trasę. Droga do granicy z Coahuila wg mapy INEGI ma być bardzo kiepskiej jakości, a od granicy już lepsza, lecz okazuje się to utopią. Do granicy bowiem droga jest bardzo dobra, prawie równa, natomiast od granicy jest ledwie przejezdna i trzeba bardzo dużej uwagi i skupienia, by nie zawisnąć lub nie zaryć w jakimś wykrocie.

Tomasz, ja i Jarda przy ognisku w trakcie wietrznej pogody.

Zatrzymujemy się teraz za miejscowością La Salada gdzie daje się rozbić obozowisko na nocleg z obowiązkowym ogniskiem i kolacją. Wieje bardzo zimny północny wiatr, ale śpi nam się dobrze.



19. 02.2007 - poniedziałek – La Salada, Coah. 21.304 km (870 mnpm)

Zawsze rano rozglądamy się za roślinami, które nam towarzyszą w miejscu noclegu i w okolicy. I tym razem przechadzamy się na pobliski, niziutki pagórek. Mamy szczęście, bo właśnie w pąkach kwiatowych są 

Echinomastus warnockii GM1082.7 jednak na otwarcie musielibyśmy jeszcze dzień lub dwa poczekać.

Poza tym widzimy Corynopuntia schottii, Glandulicactus uncinatus, Mammillaria heyderi, Echinocereus stramineus, Ec. enneacanthus Ec. dasyacanthus,

Opuntia violacea GM1082.1.

Za Santa Fe del Piño obieramy kurs na południe. Niedaleko też zatrzymujemy się widząc przy drodze piękny egzemplarz 

  

Homalocephala texensis GM1082.4. Kilka kilometrów dalej penetrujemy wzgórze po prawej stronie, na którym występuje bardzo dziwna, brązowo nakrapiana skała. Tutaj znajdujemy Echinomastus mariposensis GM1082.3 z wielkimi pąkami kwiatowymi, z których jedną roślinę wykopujemy, kładziemy za szybą auta, by w momencie otwarcia kwiatów móc je sfotografować.

Widzimy też Corynopuntia clavata, Mammillaria pottsii, M. lasiacantha, C. delaetiana, Opuntia violacea GM1082.2, Glandulicactus uncinatus, Escobaria strobiliformis, Echinocereus dasyacanthus, Ec. enneacanthus, Echinocereus stramineus. W wiosce El Piño udaje nam się zatankować benzynę prosta z beczki, jak to zwykle w odludnych miejscach Meksyku bywa. W La Rosita opuszczamy żwirową drogę typu „teraseria" a wkraczamy na drogę typu „brecha”. Chcemy przeprawić się przez góry znów do Chihuahua. Jakieś 20 km dalej zatrzymujemy się na krótki rekonesans. Tu są tylko Escobaria variicolor, Echinocereus stramineus, Opuntia kleinii. Zatrzymujemy się teraz już za górą Cero Blanco. Tu jest większe bogactwo roślin, które rosną na łupkach kamienia wapiennego Echinocereus stramineus, Ec. enneacanthus, Ec. dasyacanthus, Echinocactus horizontalonius, Mammillaria heyderi,

Coryphantha echinus GM1082.5,

  

Ariocarpus fissuratus GM1082.6 o fantastycznym rysunku brodawek        M. lasiacantha GM1082.9 malutkie kwitnące roślinki. Jedziemy piaszczystą laguną dalej. Przy ranczo Santa Anita zatrzymujemy się na chwilę, by otworzyć bramę dla bydła.

Pod krzakiem zauważam wspaniały egzemplarz - Coryphantha poselgeriana GM1082.8

oraz Echinocereus stramineus, Opuntia violacea. Po lewej stronie zaczynają się pierwsze wzniesienia Sierra La Morena, więc oczywiście musimy sprawdzić, co w trawie piszczy. Jest to naprawdę ciekawe stanowisko, z pięknymi roślinami Glandulicactus uncinatus, Mammillaria lasiacantha, M. pottsii, Escobaria strobiliformis, C. delaetiana, C. poselgeriana, Echinocactus horizontalonius, Echinocereus dasyacanthus,

Coryphantha echinus GM1082.10 fantastycznie ociernione rośliny,

  

wiele o czarnych zagiętych cierniach, Ariocarpus fissuratus „lloydii” GM1082.11, lecz skąd się tu wzięła ta południowa populacja?

Może byśmy dłużej zabawili w tym ciekawym miejscu, lecz nagle zostaliśmy otoczeni przez grupę prawdziwych kowbojów na koniach, w ochraniaczach skórzanych na nogach i z przypiętym lassem. Jakiś czas wyjaśnialiśmy powody naszej tu bytności. Ze zrozumieniem wysłuchali, po czym właściciel tych terenów – Jorge Arueta stale mieszkający w Ciudad Camargo, Chihuahua, zapisał w moim notesie swój adres i telefon. Odprowadzili nas do auta, a jeden z kowbojów pozostawił kumplom swego konia i poprosił nas, byśmy go podrzucili po drodze do rancza El Jabali, co też uczyniliśmy. Być może był to sposób na sprawdzenie, czy faktycznie opuszczamy ich teren. Zatrzymaliśmy się jeszcze w lagunie przed osadą Adolfo Lopez Mateos Jasus Maria, a spowodowała to  Coryphantha poselgeriana. Zbliżała się noc, więc czekało nas dalekie przesunięcie na południe do Durango. Mijając górnicze miasteczko Hercules, dokoła którego znajdowały się kopalnie minerałów, złapaliśmy gumę, byliśmy więc zmuszeni do jej naprawy, co oznaczało konieczność powrotu i wjazdu do miasta. Miasto okazało się zamkniętym terenem zakładowym, jednak dla naprawienia koła podniesiono szlabany i doprowadzono nas do zakładu „vulcanizadora”. W czasie naprawy wyskoczyliśmy po zaopatrzenie do sklepu. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że w miasteczku przemysłowym jest zakaz sprzedaży piwa. Oczywiście znalazł się usłużny, który nas zaopatrzył i w ten prowiant. Tak jest na całym świecie, gdzie coś jest zabronione. Po prostu jest to tylko droższe i reglamentowane w specyficzny sposób. Teraz już zaopatrzeni i ze sprawnymi gumami pomknęliśmy przez Jimenez i Torreon do Cuencame.

Przejechaliśmy śpiącym miasteczkiem Cuencame na jego północno wschodni kraniec i dalej zapadliśmy na nocleg niedaleko jakichś domostw, sądząc z odgłosu szczekających psów.


20. 02.2007 – wtorek - Cuencame, Dur. 22.002 km (1550 mnpm)

O wschodzie szybko się zbieramy i dziurawą drogą ruszamy by spenetrować okoliczne wzgórza. Mijamy wioskę San Antonio de Ojo Seco i po śladach kół kierujemy się ku widocznym przed nami wzgórzom. Na pierwszym wybranym miejscu widzimy Mammillaria grusonii, Echinocereus stramineus ssp. occidentalis, Echinocactus horizontalonius,

  

Thelocactus bicolor GM1083, w którym widzimy wiele znaków bliskich odmianie pottsii,       Ariocarpus lloydii GM1083.1

  

Coryphantha durangensis ssp. cuencamensis GM1083.2,                    Leuchtenbergia principis GM1083.3.

Te same rośliny zanotowaliśmy na dalszym stanowisku. Wracamy do wioski. W sklepie widzimy wiele osób, więc jest okazja wypytać tubylców o rośliny. Jakież jest nasze zdziwienie, gdy mówią nam, że w okolicznych lagunach zbierają "peyote estrelitos". Oznacza to, że tu rosną koczubejanusy. Nikt dotąd nie wspominał, że te rośliny występują także w Durango. Musimy je więc widzieć. Obieramy kierunek na San Jose de la Peña. Przed wioską znajdujemy tylko Thelocactus bicolor, Mammillaria grusonii. Wioska jest niemal niezamieszkała, większość zabudowań to ruiny. Tylko w jednej zagrodzie widzimy auto i ranczera. Pytamy go o drogę ku roślinom, a on chętnie udziela nam wyjaśnień, ale twierdzi, że tym autem nie dojedziemy. Proponuje nam podróż na pace swojego auta, z czego oczywiście korzystamy. Podróż odbywała się głównie płaską, piaszczystą laguną, ale w pewnym miejscu przegrodzoną korytem niewielkiej, suchej o tej porze rzeki. By to koryto przekroczyć, trzeba było zapiąć napęd na wszystkie cztery koła, a i tak za pierwszym razem się nie udało. Miał więc rację co do naszego wehikułu. Po drugiej stronie laguna była gładka i niemal świecąca od soli. Tutaj zatrzymał auto, i oczywiście dookoła widać było gładkie gwiazdeczki zatopione w wyschniętym błocie. Nie były one jednak tak zagęszczone jak zwykle na innych miejscach. Prawdopodobnie były w naturalny sposób selekcjonowane przez tubylców dla celów leczniczych. Ranczer powiedział nam, że te rośliny są wykorzystywane przez kierowców na długich trasach, jako środek wzmacniający o działaniu podobnym lub nawet silniejszym, niż napoje energetyzujące. Kierowca po prostu odgryza końcówkę korzenia i wypija z niego sok. I tym razem ranczer kilka roślin dla siebie wykopał, a nam nie wypadało się do tego procederu przyczyniać. 

  

Ariocarpus kotschoubeyanus GM1084.

Po powrocie do wioski ranczer opowiedział nam, że prawdziwe peyote rośnie w okolicy El Cuareña, więc po podziękowaniu nie tyko słownym, czym prędzej skierowaliśmy się tam. Za Vista Hermosa wjechaliśmy zgodnie z opisem na bezdroża, a właściwie drogi ledwie widoczne w terenie, wiodące przez niewysokie pagórki. Zatrzymaliśmy się po pewnym czasie widząc zagęszczenie roślin. Były to głównie: Thelocactus bicolor, Coryphantha durangensis ssp. cuencamensis, Mammillaria grusonii, Echinocereus enneacanthus, Ec. stramineus ssp. occidentalis.

Zakwitł wreszcie wożony w aucie Echinomastus mariposensis, więc trochę czasu mu poświęciliśmy, po czym zostawiliśmy posadzonego w dalekim dla niego miejscu. Ponieważ jest tu tylko jedna roślina, więc nie ma szans się rozmnożyć. Nie naruszy więc równowagi w obcym mu przecież środowisku.

Następny postój urządziliśmy bliżej wioski El Cuareña Thelocactus bicolor, Coryphantha poselgeriana. W wiosce udało nam się znaleźć przewodnika, który bezdrożami poprowadził nas ku nowemu. Po kilku kilometrach pojawiła się przed nami niewysoka góra, mocno wyżłobiona od dołu wyrobiskiem minerałów. Wspięliśmy się na szczyt, ale tutaj nie znaleźliśmy nic ciekawego oprócz pojedynczych egzemplarzy Ariocarpus fissuratus „lloydii”  którego nazywają tu peyote.

Nocleg postanowiliśmy spędzić po ludzku, w hotelu, wreszcie wziąć prysznic i uprać co niezbędne. Zajechaliśmy zatem do Torreon, gdzie na wylocie miasta w kierunku na Saltillo, po długim błądzeniu i poszukiwaniu, wreszcie coś wypatrzyliśmy.


21. 02.2007 - środa – hotel w Torreon, Coah. 22.260 km (560 peso za pokój)

Z hotelu udaliśmy się na stare, znane stanowisko El Chiflon, gdzie są ciekawe populacje roślin. Zatrzymaliśmy się na skraju drogi Mex 40, tuż za przepływającym na drugą stronę drogi wąskim strumykiem, przeszliśmy przez ogrodzenie i ruszyliśmy przez pole ku skałom. Na pomarańczowobrunatnych skałach znaleźliśmy: Echinocactus horizontalonius GM1085.1,

Epithelantha greggii GM1085.6,

a dużo wyżej Epithelantha bookei, Mammillaria pottsii, M. grusonii, Neolloydia conoidea, Echinocereus enneacanthus, Echinocereus stramineus,

Thelocactus lophothele GM1085.5 z typowymi, żółtawymi kwiatami 

Thelocactus bicolor GM1085.2,

  

Mammillaria chionocephala GM1085.3                                            Astrophytum capricorne GM1085.4 

Rapicactus beguinii „senilis” – te występują tylko na samym grzbiecie, na prawie niedostępnych, rudych i zwietrzałych, dość porowatych skałach.

Teraz pojechaliśmy na również stare stanowisko niedaleko Hipolito, gdzie Jarda musiał pobrać próbkę skał, na których rosną epitelanty i gdzie znowu fotografowaliśmy: Epithelantha greggii, Ep. pachyrhiza, Coryphantha pseudoechinus,

  

Coryphantha difficilis GM1086,                                                            Mammillaria lasiacantha GM1086.1,

Euphorbia dioica GM1086.2

  

Astrophytum capricorne GM1086.3 i żółto lub rzadziej czerwono ociernione rośliny Thelocactus bicolor "wagnerianus".

Wieczór wygonił nas przez Estacion Marte w kierunku Nuevo Yucatan, za którym, w pobliżu suchego o tej porze roku zbiornika wodnego, rozbiliśmy obozowisko.


22. 02.2007 – czwartek – Nuevo Yucatan, Coah. 22.610 km (1420 mnpm)

W miejscu noclegu widzieliśmy Thelocactus bicolor, Lophophora williamsii, Mammillaria pottsii, M. lasiacantha, Glandulicactus uncinatus, Echinocactus horizontalonius, Neolloydia conoidea, Echinocereus stramineus, Astrophytum senile „aureum”, Coryphantha pseudoechinus, Opuntia bradtiana. Od rana chcieliśmy dostać się do wysoko położonej, ale pięknej doliny Valle los Pareños, jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że naszym autem było to nieosiągalne. Wróciliśmy do wioski Nuevo Yucatan i próbowaliśmy namówić kogoś z tubylców na taką eskapadę. Jednak wszyscy stwierdzili, że ich auta również tam nie dojadą. Jedno auto było w dobrym stanie, lecz jego właściciel właśnie rozpalił pod wanną, w której gotowały się wiązki Euphorbia antisyfilitica i nie mógł opuścić przygotowanej pracy.

Poświęciliśmy zatem nieco czasu na obserwowanie procesu uzyskiwania parafiny z tych roślin, po czym wróciliśmy na trasę powrotną.

Tym razem moim celem był Thelocactus lophothele ssp. nidulans GM1085, którego napotkaliśmy na pobliskim wzgórzu, wraz z roślinami, jakie widzieliśmy na noclegowisku.

Chcieliśmy też zobaczyć z bliska tzw. „Małą Pailę” czyli góry Sierra de la Paila, do których chcieliśmy dostać się od strony wioski Veinte de Noviembre. Do wioski droga była całkiem dobra, natomiast dalej to tylko ślady kół w lagunie. Minęliśmy wioskę z lewej strony, wybraliśmy ślady prowadzące w stronę gór i do przodu. Po kilku kilometrach ślady zakończyły się ogrodzeniem bez bramy, wobec czego ruszyliśmy w lewo wzdłuż ogrodzenia, mając nadzieję, że gdzieś brama będzie. Ale jej nie było, a ogrodzenie raptem skręciło w lewo, później jeszcze raz w lewo i znowu byliśmy w wiosce. Oczywiście zatrzymaliśmy się w międzyczasie, gdy zobaczyliśmy duże skupiska Epithelantha greggii oraz nieliczne Echinocactus horizontalonius, Thelocactus bicolor, Opuntia bradtiana, Corynopuntia schottii. Teraz próbowaliśmy z prawej strony wioski, przez jakieś ranczo, przez które nas właściciel przepuścił. Droga pomału wspinała się do góry, stan jej się pogarszał, ale raczej nie wiodła do gór, lecz wokół nich. Zatrzymaliśmy się po kilku kilometrach. Tu rosły Echinocactus horizontalonius, Echinocereus enneacanthus,

Ancistrocactus scheeri GM1086.4  

Jeszcze dalej występowały Epithelantha micromeris. Zmierzch zatrzymał nas na niewysokich skalnych polach, gdzie widzieliśmy  Epithelantha greggii, Ariocarpus fissuratus, Mammillaria lasiacantha, M. pottsii, Coryphantha pseudoechinus, Echinocactus horizontalonius, Lophophora williamsii, Thelocactus wagnerianus, Echinocereus stramineus, Ec. enneacanthus, Opuntia bradtiana, Hamatocactus hamatacanthus,

Astrophytum senile „aureum”  GM1086.5.

Po nocy już wracaliśmy do drogi głównej Mex 40, by asfaltem jak najszybciej dojechać do zaplanowanego noclegowiska za El Amparo. Droga od asfaltu do El Amparo oczywiście nie należy do najlepszych, więc na ten cel poszło jedno koło zapasowe. Noc oczywiście przy ognisku, z gorącym posiłkiem, poprawiła wszystkim humory. Jest to miejsce, gdzie bardzo przyjemnie spędza się noce. Dużo wolnej przestrzeni, gwiazdy, daleki widok na lagunę, na krańcu której migają światełka miasteczka Viesca, oddalenie od najbliższej osady, możliwość palenia ogniska – to wszystko sprawia, że chętnie się tu wraca. Mieliśmy nadzieję spotkać następnego dnia wcześniej oczekiwanych znajomych, bowiem tutaj miały się tego dnia zbiegać nasze drogi.


23. 02.2007 – piątek – Amparo, Coah. 22.926 km (1070mnpm)

Kolejny dzień zbudził nas w otoczeniu kwitnących

Lophophora fričii 

Coryphantha poselgeriana GM1090.1, Echinocactus horizontalonius, Echinocereus stramineus GM1090.2, Ec. enneacanthus,

Thelocactus bicolor GM1090.3,

  

Coryphantha difficilis                                                                              Epithelantha greggii GM1090.

Mając nieco czasu wybraliśmy się na niedalekie góry. Koledzy poszli inną trasą, nieco w głąb, by wierzchołkami wrócić do obozu. Ja skierowałem się w miejsce, gdzie koledzy powinni wracać. To podejście było coraz bardziej strome, aż w końcu było to jedynie osuwisko luźnych zwietrzałych skał, po których już wyżej nie dało się wejść. Można było tylko zejść, osunąć się lub spaść. Na tych właśnie osuwiskach i wystających z nich skałach, na wysokości 1250 – 1400 mnpm rosły Escobaria strobiliformis, Thelocactus bicolor, Ariocarpus fissuratus „lloydii” i kwitły wspaniałe, różowo ociernione 

Mammillaria candida GM1090.4

  

Astrophytum senile GM1090.5                                                          a na dole - Foquieria sp. GM1090.6

  

Ja wróciłem wcześniej niż koledzy do obozowiska. Właśnie zakwitł wieziony tyle czasu Echinomastus warnockii więc zrobiłem mu kilka zdjęć „ w naturze”. Tymczasem nadjechało auto z drugą kompanią, w której uczestniczyli: Jaroslav Bohata, Pavel Malik, Jaroslav Zahora i jeszcze jeden, którego do tej pory nie znałem. Wkrótce reszta naszych wróciła. Wieczór mieliśmy spędzić razem, ale wcześniej nowa ekipa poszła w nasze wcześniejsze ślady, czyli w góry, a my postanowiliśmy zobaczyć jeszcze jedno stanowisko pobliskie, na którym rośnie typowa Lophophora williamsii. Pojechaliśmy więc przez El Amparo do Boquillas del Refugio. Trochę czasu straciliśmy na picie napojów w El Cuatro de Marzo, o co się z lekka skłóciłem z Jardą, bo słońce już było nisko, ale dotarliśmy na miejsce i znaleźliśmy te lofofory, którym już trudno było robić zdjęcia. Zwróciłem Jardzie uwagę, choć lofofory mnie zupełnie nie interesują, że nie może robić koledze, któremu na nich zależało, takiego świństwa i opóźniać dojazd. Jarda niestety nie znosi ani trochę krytyki. Po prostu to, co on postanowi i robi, jest najlepsze na świecie i nikt nie ma prawa go krytykować za nic. On wszystko wie najlepiej. Trzeba po prostu do tego przywyknąć. Po drodze widzieliśmy kawalkadę ciągnących z Parras do Viesca wystrojonych kowbojów, którzy jutro mają mieć doroczne spotkanie i święto. Na stanowisku najładniej powychodziły zdjęcia zachodu słońca. W drodze powrotnej straciliśmy drugie zapasowe koło.

Wieczór, wspólne ognisko i jedzenie były bardzo przyjemne, więc poszło całe piwo i inne alkohole, które mieliśmy.


24. 02.2007 – sobota – Amparo, Coah. 23.000 km.

Rano wyruszyliśmy do Rancho San Rafael, by stąd rozpocząć penetrowanie najwyżej położonej doliny w Sierra Parras. Wiedzieliśmy już, że ta wyprawa potrwa cały dzień. Do przejścia mieliśmy przecież ponad 10 km przy różnicy poziomów ponad 500 m, nieznanym terenem, w upalnym słońcu. Zostawiliśmy nasze auto u ranczera, przesiedliśmy się do VW znajomych i ruszyliśmy kamienistym dnem kanionu, czy lepiej mówiąc suchej rzeki w górę. Daleko jednak nie ujechaliśmy, pomimo doskonałego władania kierownicą i wyczucia Pavla Malika, gdyż jeden z kamieni o ostrych jak brzytwa brzegach rozciął oponę niemal na połowę. Koło zostało wymienione, ale na dalszą jazdę już nikt się nie zdecydował. Wyruszyliśmy więc pieszo. Po tych kamieniach nie można było iść szybciej i było to dość męczące, tym bardziej, że szliśmy pod górę. Spotykaliśmy szkielety padłych krów, co tu jest normą. Ciekawe jest, że na całej długości kanionu można było widzieć gruby przewód gumowy, którym woda z najwyższych partii gór, gdzie zwykle tryska źródełko, transportowana jest do samego ranczo. Wreszcie dotarliśmy do doliny, o której mówi się „oko” z powodu takiego kształtu jasnych skał widocznych na zdjęciu satelitarnym. Znaleźliśmy tu obfitość: Ariocarpus fissuratus „lloydii” , Mammillaria grusonii, M. pottsii, Coryphantha delaetiana, Echinocereus stramineus, Agave parrasana,

  

Neolloydia conoidea GM1090.7                                                      Echinocactus horizontalonius GM1090.9 

  

Glandulicactus uncinatus GM1090.11 z kwiatami                               Echinocereus pectinatus GM1090.10, niektóre rośliny były całkiem czerwone,

oraz tylko jedną, ale wielką kristatę Epithelantha pachyrhiza GM1090.8, która wyglądała jak wielka biała poczwarka. Ta kristata, ariokarpus i czerwony Echinocereus rosły w białych wapieniach. Pozostałe rośliny występowały wyłącznie na żółto-brązowych utworach. Nic więcej ciekawego, choć na to wszyscy po cichu liczyliśmy, nie znaleźliśmy. Pozostało nam wracać do cywilizacji. Na ranczo przesiedliśmy się do swojego auta i zaczęliśmy powrót. Długo jednak nie musieliśmy jechać, bo z przedniego koła uszło nam powietrze. Więcej zapasu nie mieliśmy. Ponieważ w drugim aucie też brakowało zapasu, więc zabraliśmy nasze wszystkie niesprawne koła do auta znajomych, koledzy pozostali, a ja dosiadłem się do znajomych i pojechaliśmy w poszukiwaniu zakładu naprawczego, oraz możliwości zakupu nowych opon w miejsce zniszczonych. W Viesca nic nie załatwiliśmy. W Ejido Emiliano Zapata także nic. Poradzono nam wyjazd do Matamoros. I tam dopiero faktycznie wszystkie nasze bóle zostały uśmierzone, tzn. koła naprawione, zniszczone wymienione na nowe (choć używane), woda, piwo i inne napoje kupione, takos na kolację zjedzone, natomiast Jarda Zahora kupił sobie nowe buty terenowe. Ponieważ nasza wyprawa powoli dobiegała końca, ja postanowiłem już do końca chodzić w sandałach. Wróciliśmy szczęśliwi, że wszystko się tak dobrze powiodło, choć to już była noc, auto postawiliśmy na koła i ruszyliśmy przed siebie. Pożegnaliśmy znajomych i każdy pojechał w swoją stronę. Nas droga prowadziła przez Saltillo, Concepcion del Oro na południe. Późno w nocy zasnęliśmy na bocznej drodze wiodącej do Santa Rosa.

25. 02.2007 – niedziela – 23.368 (1920mnpm).

Teraz działaliśmy zgodnie z opracowanym wcześniej planem, tzn. ponieważ koledzy postanowili opisać znalezioną wcześniej Lophophora alberto-vojtechii, więc musieliśmy posiadać ułożony w herbarium holotyp, a to musi się odbyć w zgodzie z prawem. Należało więc odwiedzić George Hintona aby zabrać go na stanowisko, celem zebrania roślin do zasuszenia. Wobec tego niezbędna była nasza powtórna wizyta na stanowisku. Mieliśmy też nadzieję zobaczyć kwitnące rośliny.

  

  

I faktycznie lofofory kwitły, choć właściwie nie było słońca.

  

Mammillaria coahuilensis  z pąkami kwiatowymi                                   Mammillaria heyderi tylko z owocami

Natomiast Mammillaria coahuilensis nie ucieszyła nas swoimi kwiatami. Znowu miała tylko pąki kwiatowe.

Widzieliśmy jeszcze Echeveria schaffneri GM1088.1

 Hinton wykopał niezbędne dla herbarium rośliny Lophophora alberto-vojtechii po czym pożegnaliśmy się i pojechaliśmy na moje wcześniejsze stanowisko z Sierra Jicote, ponieważ koledzy chcieli widzieć Epithelantha bookei. Jakoś tam dojechaliśmy, wcześniej zakopując się w piachu na jakiejś bocznej drodze. Dobre 2 godziny trwało, zanim udało nam się postawić auto na koła i wrócić na właściwą drogę. Już pod wieczór dotarliśmy do podnóża gór, koledzy poszli na mnie znane stanowiska a ja wędrowałem pagórkami sprawdzając, co ciekawego jest do zobaczenia. Najczęściej były to Lophophora williamsii, Hamatocactus hamatacanthus, Mammillaria chionocephala, M. formosa, Ariocarpus retusus, Glandulicactus uncinatus,

Thelocactus bicolor.

Noc zapadła, więc by koledzy znaleźli auto zapaliłem światła. Niedługo też doczekałem się kompletu i ruszyliśmy z powrotem, tym razem na wschód, ponieważ moim celem były rośliny w okolicy La Bolsa w Nuevo Leon. Tam też znaleźliśmy jakiś placyk między krzakami na kamienistej drodze na nocleg. Było na tyle późno, że ogniska nie paliliśmy.

26. 02.2007 – poniedziałek – La Bolsa, NL 23.680 km. (1520mnpm)

Rankiem zwiedziłem najbliższy pagórek, do którego trudno było dojść przez busz. Na nim znalazłem Thelocactus conothelos, Echinocactus ingens, Echinocereus parkeri, Mammillaria candida, M. formosa. Wokoło kwitły też cierniste krzaki, mające mnóstwo czerwonych kwiatów podobnych miniaturowym różyczkom. Wracamy nową drogą asfaltową i zatrzymujemy się przy pierwszym wzgórzu po prawej. Tu widzimy Ariocarpus retusus  i kwitnące

  

 Thelocactus conothelos GM1090.13

Agave striata ssp. falcata GM1090.12.

Nie znaleźliśmy populacji dziwnych multicefalusów, które tu powinny występować, ale mamy nadzieję zobaczyć je nieco dalej na północ, przy El Desierto. Tam też zatrzymujemy się, i już przy podejściu wzgórza widzimy Ariocarpus retusus, Neolloydia conoidea, Coryphantha glanduligera, Agave striata

  

Thelocactus multicephalus GM1091. To stanowisko jest niemal identyczne jeśli chodzi o szatę roślinną i wysokość położenia, jak La Bolsa. Jedziemy dalej na północ. Mijamy z prawej Tanquecillos, przy którym ma być dość liczna populacja Ariocarpus kotschoubeyanus, ale nie mamy czasu by ją odszukać. Za La Escondida zatrzymujemy się po lewej stronie, na jakiejś górskiej łące. Na zboczach widzimy Thelocactus buekii, Echinocereus parkeri,

 Mammillaria picta GM1093.1.

Wracamy i w La Escondida obieramy kurs na Aramberri, lecz zatrzymujemy się zaraz za wioską, przy pierwszych wzniesieniach. By do nich dojść musimy sforsować dolinę rzeczną, przy czym przejście urwisk jest dość kłopotliwe. Nie zrażamy się tym jednak i już po chwili widzimy wspaniale kwitnące 

  

Thelocactus buekii GM1092

  

Ariocarpus trigonus GM1093, które nie kwitną, ale mają mieć kwiaty czerwone. Te okolice są tak piękne, że aż się nie chce wracać. Dokoła kwitną jeszcze jakieś niewielkie, błękitne kwiatki Linum lewisii . W oddali widać wzgórza zupełnie białe, prawdopodobnie gipsowe. Czas jednak jest nieubłagany, czym prędzej więc jedziemy na farmę George Hinton`a. Ponieważ George przesłał mi wcześniej namiary GPS na swoje ranczo, więc nie mieliśmy problemu z trafieniem, tym bardziej, że robiliśmy to już po raz drugi. Już z bardzo daleka zwracała uwagę zielona plama wysokich drzew pośród spalonej słońcem, żółtej płaszczyzny pól. Georgea spotkaliśmy już przy bramie, gdzie razem ze swoimi pracownikami coś zawzięcie omawiali. Zaprosił nas natychmiast do swojego miejsca pracy, czyli Herbarium.

Domostwo Georga znajduje się pod tymi wysokimi drzewami, utrzymywanymi ciągłym podlewaniem całego patio. Patio otoczone jest bajkowymi zabudowaniami mieszkalnymi i użytkowymi. Wewnątrz patio porośnięte jest znanym nam z ogródków europejskich barwinkiem, chodzi się ułożonym z płyt betonowych chodnikiem. Nie brakuje tam również basenu, przy którym rosną (niestety w cieniu) najbardziej znane, odkryte przez niego kaktusy jak np.: Thelocactus lophothele ssp. hintonii, Aztekium hintonii, Geohintonia mexicana i inne. Jednym z budynków na obrzeżu patio jest właśnie jedno z bardziej znanych kaktusiarzom herbariów. Jest to niewielki budynek, zbudowany przez jego pradziadka. Wszystkie pokolenia od pradziadka zajmowały się powiększaniem zbiorów herbarium zupełnie hobbistycznie. I tak jest do dzisiaj. Na pewno jest to w tej chwili powód do dumy, bowiem kilkadziesiąt roślin, nie tylko kaktusów, nosi aktualnie nazwisko rodowe odmieniane na wszelkie możliwe sposoby. Wiele z tych roślin było również znalezione przez Hinton`ów. Zobaczyliśmy jak George przywiezioną lofoforę przy nas rozkroił i umieścił w pliku papierów pod prasą w suszarce. Przygotowana także została karta katalogowa z nazwą Lophophora koehresii ssp. alberto-vojtechii J. Bohata, V. Mysak & J. Snicer. No. 28642.

Od lewej - ja, George S. Hinton, Jarda Šnicer, Tomaš Doležal i Vojta Myšak

Jakiś czas jeszcze zabawiliśmy w gościnie, ale trzeba nam było jechać dalej. Wszak kaktusy na nas czekały. Pożegnaliśmy się więc i ruszyliśmy w kierunku Montemorelos z zamiarem noclegu na stanowisku Thelocactus commodus. Jednak okazało się, że stanowisko jest jednym wielkim miejskim śmietnikiem, gdzie nocują setki psów żywiących się odpadkami. Minęliśmy więc miasto i skierowaliśmy w czyste okolice, ku wiosce La Boca. Tutaj w pobliżu szumiącej rzeki, nad którą przejechaliśmy, przy niewielkim dopływającym z gór strumyczku, już bez ogniska, poszliśmy spać.

27. 02.2007 – wtorek – Montemorelos, NL 24.170 km

Po śniadaniu udajemy się w drogę powrotną do Montemorelos, by znaleźć komodusy. Pierwsze wzgórze przed miastem, zbudowane z podobnych skał łupkowych, nie jest jednak bogate w kaktusy. Tu występuje tylko Ancistrocactus megarhizus. Przyjechaliśmy z konieczności na wieczorne stanowisko. Dookoła pracowały buldożery, ciężarówki kręciły się tam i z powrotem, a my nie zwracając uwagi na walające się wszędzie śmieci, legliśmy na ziemi, by uwiecznić ginące tu powoli rośliny. Jeśli w dalszym ciągu tak postępować będzie ekspansja śmietnika, to na tym wzgórzu nic nie zostanie, a nie wiemy, czy na okolicznych te rośliny występują. Nie tak wiele roślin znaleźliśmy, ale też zbyt długo nie chcieliśmy pozostawać, by nie przesiąknąć smrodem. Fotografowaliśmy zawzięcie Ancistrocactus megarhizus i

Thelocactus bicolor ssp. commodus GM1094.

Teraz udaliśmy się w krętą drogę do Rayones. Ilekroć mamy okazję być w tych stronach, zawsze z przyjemnością tam wracamy.

Po drodze zatrzymujemy się widząc na skałach żółto kwitnące rośliny Sedum palmeri GM1097.1.

 Nie dojeżdżając do miasta, po lewej stronie wypatrujemy jakieś ciekawe niewysokie i odkryte wzgórze, leżące jednak na czyjejś posiadłości, za zabudowaniami. Uzyskujemy zgodę właścicieli na spenetrowanie tego miejsca. Po wejściu na wierzchołek, od razu widać, że nigdy rośliny stąd nie były zbierane. Miejscami jest ich taka mnogość, że po prostu trudno przejść nie depcząc po 

Ariocarpus scaphirostris GM1095,

w pobliżu występują Neolloydia conoidea, Echinocactus ingens, Echinocereus pentalophus ssp. leonensis.  Ponownie chcemy odwiedzić kanion Los Metatos z uwagi na występującą tam ciekawą populację Epithelantha. Podążamy więc do miejsca możliwego do osiągnięcia przez nasze auto. Poprzednio doszliśmy do końca kanionu i wróciliśmy, jednak teraz po dotarciu do końca kanionu

zauważyliśmy, że z lewej strony znajduje się ujście kolejnego kanionu, tym razem bardzo wąskiego. Początkowo szerokość kanionu osiąga ok. 5 metrów, gdzieniegdzie miejscami się poszerzając do kilkunastu lub nawet więcej, by natychmiast zwęzić się jeszcze bardziej. Po przejściu 200-300 metrów kanion zwęża się do szerokości 2 metrów, ściany są pionowe, wysokie, robi się nieprzyjemnie ciemno. W pewnym miejscu kanion zablokowany jest wielkim głazem. Udało mi się wspiąć na ten głaz, lecz dalej bałem się iść widząc świeżo spadłe czarne kamienie, którymi pokryte było dno kanionu. Kanion cały czas się nieco wznosił ku górze, a na jego dnie znajdował się ułożony przez właścicieli rancza leżącego u wlotu do kanionu, czarny, gumowy wąż grubości ręki. Tym wężem woda dostarczana jest w ciągły sposób do rancza. W dwóch miejscach w wężu były niewielkie nieszczelności, którymi woda sikała jak z prysznica. W tych miejscach pełno było wszelkiego rodzaju latających przedstawicieli świata zwierzęcego, tj. motyli, owadów i ptaków, które spłoszone naszym nagłym pojawieniem się, odfruwały z furkotem. W drodze powrotnej oczywiście nie omieszkaliśmy wspinać się na te niemal pionowe, zerodowane skały, na których widzieliśmy: Epithelantha micromeris,

  

Aztekium ritteri GM1096 

  

Mammillaria rayonensis GM1097                                                      Mammillaria winteriae  

Z Rayones kierujemy się ku miasteczku Galeana. W połowie drogi, przy końcu masywu Sierra Las Animas, w miejscu, z którego wychodzi się na skały gdzie rośnie Turbinicarpus swobodae, przeglądamy dolną część masywu. Szkoda, że już słońce jest nisko,

  

bo fioletowe kwiaty u Thelocactus buekii v. matudae GM0335 już są przymknięte 

dość rzadko spotykany, kępiasto rosnący Echinocereus rayonensis GM1098

są tu także Mammillaria winteriae GM1097.2, Echinocereus viereckii ssp. huastecensis, Ec. pentalophus, Neolloydia conoidea, Ariocarpus retusus.

Nocą już zajeżdżamy do Galeany, gdzie znajdujemy przy rynku stragany z „tacos”, kupujemy pieczywo, w stacji paliw PEMEX na wylocie z miasta zaopatrujemy się w benzynę i na nocleg udajemy się do hotelu w Matehuala.

28. 02.2007 – środa – hotel Carreta w Matehuala, SLP 24.508 km (403 peso za pokój 4 os.)

Postanawiamy zwiedzić znaną okolicę osady San Antonio na pograniczu stanów SLP i NL. Vojta rozgląda się za rodzajem Lophophora, my zaś raczej interesujemy się malutkimi 

Turbinicarpus macrochele GM1099,

z którymi znajdujemy Mammillaria centralifera GM1100, Mammillaria candida, M. formosa, Coryphantha glanduligera - C. octacantha - Glandulicactus uncinatus - Echinofossulocactus erectocentrus - Ferocactus steinesii - Ariocarpus retusus - Echinocereus pentalophus,

  

Mammillaria picta GM1100.2                                                             Grahamia coahuilensis GM1100.3 

 Opuntia stenopetala.

  

Thelocactus conothelos GM1100.1 . Zadziwiająca jest populacja Thelocactus conothelos, które kwitną całą paletą barw od czysto białej, przez różne tonacje różu do fioletu, przy czym najwięcej jest roślin kwitnących jasnoróżowo, a najmniej fioletowych. Dalszym miejscem, które jest dla mnie bardzo ważne jest Pastoriza, gdzie już po wyjściu z auta znajdujemy również nietypowe 

 

Thelocactus multicephalus GM1101. Podobno rośnie tu również Turbinicarpus polaskii, ale nie mamy czasu na poszukiwania, więc jedziemy już po raz trzeci na poszukiwania Ariocarpus agavoides ssp. sanluisensis. W Entronque Huizache skręcamy na wschód, a następnie wbijamy się w piaszczystą „brecha”  W pewnym momencie zachwycają nas turbiniakowe, białe wzgórza, ale my jedziemy dalej. Droga jest coraz gorsza. Mijamy jakieś maleńkie ranczo, a właściwie szałas, w którym mieszka cała rodzina. Droga widoczna na mapie INEGI w rzeczywistości kończy się na ogrodzonym polu uprawnym. Odbijamy w lewo i ledwie widoczną, bardzo złą, piaszczystą drogą, w której możemy się w każdej chwili zakopać, uparcie przemy dalej, w kierunku pewnej wioski. Jest to ostatnie miejsce w Municipio Guadalcazar, gdzie mogłyby te rośliny występować. Zresztą potwierdził mi to Richard Roemer, gdy tu w okolicy byliśmy i go o to zapytałem. Teraz byliśmy uzbrojeni w pierwopis, a z drugiej strony dość szczegółowy dziennik Tony Hofer`a. Dojechaliśmy wreszcie do zbiornika wodnego – jak przypuszczałem – tego, o którym wspominał Hofer. Już prawie niedroga wiodła na zachód. Pojechaliśmy jeszcze jakieś 100 m i zostaliśmy na nocleg. Przed nocą rozeszliśmy się w różnych kierunkach na zwiady. Na nieco na południowy zachód leżącym wzgórzu, czy raczej zboczu masywu, nie znalazłem nic ciekawego Stąd zobaczyłem „agawoidesowe” tzn. niemal gołe i białawe, niskie wzgórze. Gdy tam dotarłem, też nie było śladu poszukiwanych roślin. Jarda i Vojta wrócili z wyprawy na zachód, gdzie znaleźli tylko Coryphantha nickelsiae, choć nie wiadomo, co ona tak daleko od typowego miejsca występowania robiła. Noc upłynęła spokojnie, rozpoczęta ogniskiem i dobrą strawą.


01.03.2007 – czwartek – Municipio Guadalcazar, SLP 24.710 km

Obudziliśmy się o świcie, patrząc to na rozświetlający się słońcem krajobraz, to na siedzący bez powietrza w jednym kole samochód. Po śniadaniu i naprawie wróciliśmy nad zbiornik wodny. Musieliśmy teraz wejść na górujące nad nim wzgórze, z którego rozejrzymy się po okolicy. Aby to uczynić, musieliśmy przebrnąć przez gęste zarośla „Gobernadora” czyli Larrea tridentata. Samo przebrnięcie przez takie zarośla nie jest zbyt uciążliwe, ale w tym wypadku w krzaki wplecione były gęsto Opuntia leptocaulis. Co to oznacza, wie tylko ten, kto doświadczył na własnej skórze zetknięcie z tymi roślinami. Wyrastają one na wysokość około 1 metra, składają się z cienkich jak ołówek odcinków pędów, długości kilku centymetrów, uzbrojonych w kilku centymetrowe ciernie, cienkie i wspaniale wchodzące w ciało, ale nie chcące z niego wyjść, przy każdym dotknięciu odłamujące się od rośliny. Po przejściu przez krzaczasty teren nasze nogi były skłute do niemożliwości. Gdy wspięliśmy się na wierzchołek wzgórza, dostrzegliśmy, że z przeciwnej strony biegnie droga od wioski. Również tam znajdował się drugi zbiornik wodny. Prawdopodobnie o nim pisał Hofer, bo przecież dojechał do niego autem. Zauważyliśmy też około kilometra dalej w kierunku wioski niewysokie wzgórze odpowiednie dla Ariocarpus agavoides. Musieliśmy więc zejść łagodnym zboczem gęsto porośniętym agawami do drogi, by nią szybko dotrzeć do obserwowanego wzgórza. Jakież jednak było nasze zdziwienie, gdy podczas zejścia, pośród tych gęstych agaw dostrzegliśmy

  

poszukiwane - Ariocarpus agavoides ssp. sanluisensis GM1102,

wraz z którą rosły Neolloydia conoidea, Mammillaria formosa, M. centralifera, M. candida, Coryphantha palmeri,

  

Thelocactus tulensis GPS 419 Było nam bardzo wesoło, chciało się śpiewać, a wokoło czerwono kwitły niewielkie krzaczki

oraz różowo Acaccia sp. GM1102.2.

Zmarnowaliśmy już dość czasu na tym odludziu, więc nie sprawdziliśmy tego wzgórza, które nam wpadło w oko wcześniej. Trzeba było wracać. I znów kłująca laguna, w której też rosły - Thelocactus bicolor typ Huizache, oraz nieciekawe, zielone, ogórkowate  Echinocereus cinerascens. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy tych ciekawych turbiniakowych wzgórzach. Jakiś czas robiliśmy poszukiwania, ale turbiniaków nie było, tylko: Mammillaria centralifera, M. candida, M. formosa, Neolloydia conoidea, Echinocactus ingens, Ferocactus steinesii, Echinocereus pentalophus, Glandulicactus uncinatus oraz niewielkie kwitnące

puszyste, białe Mammillaria albicoma GM1109 

Ariocarpus retusus GM1103

Thelocactus tulensis GM1103.1.

Zatrzymaliśmy się jeszcze w pobliżu Santo Domingo, lecz zbiegło się tylu młodych tubylców, że nie ośmieliliśmy się wychodzić w teren. Udaliśmy się więc dalej, w kierunku Las Tablas. Przecież chcieliśmy, a właściwie Vojta, jeszcze zobaczyć lofofory. W Las Tablas zatrzymaliśmy się dla zaprowiantowania w piwo i benzynę. Przy okazji przyglądaliśmy si e patentowi meksykańskiemu w postaci samochodu zaopatrzonego w obręcze, dzięki czemu zamiast drezyny jeździł po torach kolejowych. Pracownicy kolei też tu byli na piwie. Już po ciemku zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie powinny być poszukiwane przez Vojtę lofofory. Przy świetle latarek faktycznie znaleźliśmy dość łatwo i szybko Lophophora koehresii oraz wielkie rośliny Ariocarpus kotschoubeyanus GM1104 znane jako var. sladkovskyi podobne do var. elephantidens, lecz o gładkich brodawkach i Coryphantha maiz-tablasensis.

Teraz już szybko, po nocy kierowaliśmy się ku Mexico City, lecz na nocleg wjechaliśmy za Pinal de Amoles w górską drogę wiodącą do MO San Gaspa w stanie Queretaro. Ostatni nocleg w przyrodzie mieliśmy na zielonej trawie pod wysokimi sosnami, na wysokości 2630 mnpm.

02.03.2007 – piątek – Camargo, Que. 25.094 km (2630mnpm)

Udajemy się na południe i zatrzymujemy na poboczu drogi w pobliżu La Plazuela.

Tuż przy drodze, na stromych ścianach widzimy setki i tysiące niewielkich - Strombocactus disciformis GM1105, niektóre z otwierającymi się kwiatami, oraz na mniej stromych miejscach Bursera fagaroides GM1106, Mammillaria elongata ssp. echinaria, Ferocactus histrix, F. echidne, 

  

Coryphantha erecta GM1106.1                                                  Mammillaria parkinsonii GM1106.2 o brązowych cierniach środkowych,

.

Echeveria humilis lub agavoides GM1106.3.

Jeszcze przyciąga nas stanowisko La Ventana, niedaleko za zaporą na Rio Moctezuma. Wspinamy się na wzgórze, gdzie od strony rzeki, na skalistym skraju urwistego kanionu fotografujemy: 

  

Turbinicarpus krainzianus GM1107

  

Mammillaria infernillensis GM1108 z otwartymi, czerwonymi kwiatkami,          Thelocactus hastifer,

Echinofossulocactus lamellosus GM1108.1 oraz

Agave xylonacantha GM1108.2.

Późną porą docieramy do motelu na przedmieściach Mexico City, gdzie od wielu lat kończy się nasza przygoda z Meksykiem w tle. Jak wcześniej wspominałem, miałem zaplanowane trzy miejsca, gdzie chciałem znaleźć być może coś nowego. Z tych trzech miejsc zrealizowaliśmy tylko dwa tj. dolinę Tres Lagunas i "oko" w Sierra Parras. W obu przypadkach nic nowego nie znaleźliśmy. Na trzecie miejsce w Nuevo Leon, niestety zabrakło czasu. Mam nadzieję, że w przyszłości ten brak uzupełnię.

03.03.2007 – sobota – Mexico City, 25.450 km

Zdaliśmy auto pracownikowi firmy wynajmującej. Trochę czasu się z nimi dochodziliśmy, gdyż blacha tylnich drzwi była nieco wgnieciona i musieliśmy zapłacić za naprawę. Udaliśmy się jeszcze tradycyjnie na Mercado Balderas, gdzie można kupić niemal wszystko, co jest dziełem tradycyjnej produkcji mieszkańców Meksyku. Kupujemy różne prezenty i drobiazgi, srebrne ozdoby, itp.

Do zdjęć pozuje nam urodziwa policjantka.

Teraz z bagażami udaliśmy się na lotnisko. Vojta miał jeszcze trochę peso i musiał je utracić kupując jakąś wódkę typu Tequilla. Wrócił późno, bo na godzinę przed odlotem, jednak bez wódki – po prostu nie mógł się zdecydować co kupić. Stanęliśmy już na samym końcu długiej kolejki. Odprawiono nasze bagaże, przy czym stwierdzono, że ważą za dużo i każdy musi dopłacić po 50 USD, ale jak się okazało, dla ostatnich 30 osób zabrakło miejsc w samolocie. Zwrócono więc nam bagaże i zaproponowano lot następnym kursem, czyli za 24 godziny, oferując w zamian bardzo dobry hotel przy lotnisku wraz z całodziennym wyżywieniem oraz tytułem ekwiwalentu po 150 EUR zwrotu za bilety. Nie bardzo się nam to uśmiechało, więc jeszcze nam dorzucili zwolnienie z obowiązkowej dopłaty za nadbagaż, a chłopaki przebukowali się na samolot z Paryża do Pragi. Tym razem nie mieliśmy nic do powiedzenia. Oferta była dobra, a my mieliśmy cały dzień na zwiedzanie.


04.03.2007 – niedziela – Mexico City,

Najpierw pojechaliśmy na Mercado Sonora, gdzie jeszcze nigdy nie byliśmy.

Jest to chyba największy targ w Mexico City, gdzie można kupić dosłownie wszystko, w tym zwierzęta, na fotografowanie których nam jednak nie pozwolono. Sprzedający wiedzą, co wolno sprzedawać, a czego nie. To czego nie wolno, nie wolno również utrwalać na taśmie. Większą część targu zajmują owoce, warzywa i wszelkiego rodzaju zioła, dobre w kuchni, ale głównie jako naturalna apteka Meksyku. Jarda kupił zioła na choroby krwi, wątroby, nerek i czego tam jeszcze. Było tego tyle, że później się z nami dzielił.

Stąd pojechaliśmy tradycyjnie meksykańskimi taksówkami do parku Chapultepec. Ponieważ była to niedziela, więc w parku tłoczno było jak w tramwaju. Postanowiliśmy zwiedzić Museo Archeologico, ale kilometrowa kolejka nas ostudziła. W niedzielę wstęp do muzeum jest bezpłatny, stąd taka popularność. Niemniej, gdy strażnikom wyjawiliśmy, że chcemy tylko wejść do księgarni na terenie muzeum, wpuszczono nas bez zastrzeżeń. To jest kwestia uprzejmości, wiary i dobrego zachowania.

Nie wykorzystaliśmy tej wiary i nie poszliśmy ze zwiedzającymi, ale faktycznie czas straciliśmy tylko w księgarni,

  

a było co oglądać. Ja nawet jakąś książkę kupiłem o tradycjach Indian, oczywiście w języku hiszpańskim.

  

Wracając podziwialiśmy występy potomków Totonaków, opuszczających się na linach, głowami w dół z wysokiego, 20 metrowego, obracającego się słupa. Po występach oczywiście odbyła się zbiórka pieniędzy od obserwatorów, ale warto było.

Cały park rozbrzmiewał muzyką i nawoływaniami najmłodszych, a przychodziły tu całe, liczne przecież rodziny.

Prastary wizerunek Boga Deszczu Tlaloca.

Odwiedziliśmy też ogród botaniczny i szklarnie tropikalne.

Wracając na lotnisko zahaczyliśmy o centrum, gdzie dzikie tłumy przewalały się ulicami.

W jednym miejscu natknęliśmy się na wiec partii komunistycznej. Zwróciłem uwagę na 4 wielkie zdjęcia z czołowymi postaciami tego nurtu – Marx, Engels, Lenin i Stalin. Meksykanie nigdy przecież nie mieli doświadczenia z tym systemem, więc Stalin nie kojarzy im się z niczym negatywnym.

 Wieczorem dużo wcześniej udaliśmy się na lotnisko, gdzie już bez problemów dostaliśmy się do strefy bezcłowej, a naszych bagaży, o dziwo, nawet nie kontrolowano. I tu się okazało, że Vojta jeszcze musi kupić wódkę. Teraz to ja poszedłem wraz z nim, bo jak nic nie zdążyłby do samolotu. Razem szybko zdecydowaliśmy, co ma kupić i gdy wróciliśmy, już wpuszczali do samolotu.

Home