CHILE 2011 - wyprawa zimowa

09.06.2011 czwartek – Arequipa, Peru; 1130 km (Hotel Bolivar 24 USD)


Rankiem zamówiona taksówka zawiozła nas na lotnisko. Musieliśmy uiścić opłatę lotniskową, przejść drobiazgową kontrolę na lotnisku z obwąchiwaniem psim nosem włącznie, by dostać się do poczekalni. W końcu nic dziwnego. Peru to kraj narkotyków. Wkrótce też samolot chilijskich linii Sky Airlines uniósł nas w powietrze, pozwalając z przestworzy obserwować coraz bardziej żółty, w miarę zbliżania się do pustyni Atacama, kraj. Zaraz za granicą, w Arica wylądowaliśmy, by przejść równie drobiazgową odprawę celną. Tym razem poszukiwane były nie tylko narkotyki, ale również cała lista niedozwolonych do wwożenia na teren Chile artykułów, jak np. wyroby z wełny, rośliny, wędliny, wina itp. Te wszystkie (poza narkotykami) artykuły są przecież produkowane i sprzedawane w Chile, a ta konkurencji nie znosi. Po odprawie ten sam samolot dostarczył nas wraz z bagażami na lotnisko w Iquique, które znajduje się prawie 40 km za miastem. Taxi dowiozło nas pod wskazany adres w centrum miasta, gdzie miało oczekiwać na nas wynajęte wcześniej auto typu Suzuki Grand Vitara lub podobne. Właściciel placówki Booking Group w Iquique zapewnił nas, że już jutro obiecane auto będzie przygotowane, a w tej chwili posiada tylko nowiutkie, dopiero przyprowadzone auto Nissan Navara, które pewnie nam się nie przyda, bo bardzo dużo pali oleju napędowego (do 20 l/100 km). Uzgodniliśmy jednak, że teraz, by nie tracić czasu, weźmiemy to auto, pojedziemy na północ, a wracając za dwa dni, jeśli będziemy niezadowoleni, wymienimy je na Suzuki. Już na pierwszej stacji benzynowej Copec zorientowaliśmy się, że różnica w koszcie diesla i benzyny jest bardzo duża, na korzyść oleju (600/750 peso). W trakcie podróży, w której pokonywaliśmy tak drogi asfaltowe jak i gruntowe ustaliliśmy, że silnik spala około 8,6 l/100 km, a więc jest to auto oszczędne, a do tego niezastąpione w trudnym terenie. Wysłaliśmy tylko SMSa, że auto się spisało i jedziemy nim do Santiago. Wiadomo było, że o tak późnej porze daleko nie zajedziemy, ale z uwagi na zaplanowane stanowisko Islaya iquiquensis podążyliśmy do

nadmorskiej miejscowości Pisagua, gdzie po zaopatrzeniu się w otwartym jeszcze sklepiku w wino, piwo i marynowane cebule i paprykę rozbiliśmy namioty na terenie nieczynnego o tej porze roku campingu zlokalizowanego nad brzegiem oceanu. Co prawda szalety były zamknięte, ale woda bieżąca na zewnątrz musiała nam wystarczyć. W towarzystwie pilnujących campingowych obiektów psów zjedliśmy kolację, wypiliśmy wino i przy akompaniamencie głośno walących o skały fal udaliśmy się spać.



10.06.2011 piątek – Pisagua, Chile; 167 km (camping pod namiotami)


Gdy już zdążyliśmy się spakować i zjeść, pojawiła się właścicielka obiektu i zaproponowała otwarcie łazienek a nawet uruchomienie ciepłej wody, gdybyśmy chcieli się wykąpać. Z tej wody jednak zrezygnowaliśmy i udaliśmy się na poszukiwanie stanowiska, o którym tylko wiedzieliśmy, że znajduje się przy osadzie Pisagua.

 

Latarnia morska w Pisaqua                                                         Cathartes aurea czyli Urubu różowogłowe

Przejechaliśmy przez centrum tej małej rybackiej osady, nad którą górowała ciekawa latarnia morska. Tutaj nie bały się nas drapieżne ptaki Cathartes aurea czyli Urubu różowogłowe. Zapytani przez nas mieszkańcy wskazali jedyne miejsce, gdzie coś może rosnąc, niedaleką, schodzącą do oceanu quebradę (dolinę rzeki). Natychmiast tam wyruszyliśmy, ale nie był to teren dobry dla kaktusów. Owszem, przy samej suchej o tej porze rzece rosły jakieś krzaki, ale to było wszystko. Pojechaliśmy w przeciwnym kierunku, obierając na początek ładnie zapowiadającą się drogę ciągnącą się wzdłuż stoku w połowie jego wysokości.

Rychło ta droga zwęziła się do szerokości jednego auta, które jadąc jej środkiem jednymi kołami jechało po krawędzi urwiska, a drugimi ocierało się o prawie pionowe skały. Były momenty, gdy musiałem wysiąść, by poprowadzić kierowcę. Dojechaliśmy w ten sposób do cypla zamieszkałego przez morskie zwierzęta i hałaśliwe ptaki, ale też kaktusów nie zobaczyliśmy. Wybrałem wobec tego jeszcze jedno miejsce, tym razem na skraju wyżyny opadającej ostro ku morzu. Po pewnym czasie zauważyłem suche pozostałości po jakichś kaktusach cereusowatych. Zaczęliśmy więc dokładniej penetrować to miejsce. Dało to pewne wyniki, gdyż znaleźliśmy miejsce, w którym wiele roślin pokroju poszukiwanej Islaya dało się obserwować, jednak ani jedna nie była żywa.

 

Dziesiątki matrwych roślin Islaya (Eriosyce) iquiquensis GM1403.4 nie stanowiło dla nas przyjemnego widoku. Ani jedna roślina nie pozostała przy życiu. W późniejszych rozmowach dowiedzieliśmy się, że przed rokiem były tu bardzo obfite i długo trwające deszcze, przy utrzymujących się niezbyt wysokich temperaturach. Zapewne wiele lat upłynie nim pojawią się siewki z nasion znajdujących się w ziemi. Ruszyliśmy teraz drogą Panamerikana na północ.

 

Przed osadą Cuya zatrzymaliśmy się by uwiecznić preinkaskie dzieła naskalne nazywane „Geoglifos de Chiza”. Niedaleko w przydrożnej restauracji dla tirów zjedliśmy obiad i zatrzymaliśmy się dopiero w wielkim portowym mieście Arica.

 

Trotuar przy nabrzeżu                                                                  katedra San Marcos projektu Gustava Eiffla

Ulica Paseo 21 de mayo

Urząd celny projektu Eiffla

W dość ciekawym centrum, z obiektami wybudowanymi przez konstruktora Gustava Eiffl`a, wymieniliśmy w kantorze walutę i udaliśmy się w stronę granicy boliwijskiej pnącymi się coraz wyżej drogami. Wieczorem zajechaliśmy do górskiego miasteczka Putre leżącego na wysokości 3550 mnpm i nawet udało nam się znaleźć nocleg w jednym z dość licznych niewielkich hotelików. Całe szczęście, bo o ile wieczorem przed hotelikiem płynął strumyk, to rano była to jedna biała skorupa lodu. Hotelik do takiej pogody był dobrze przygotowany i w komplecie każdej pościeli były 4 koce. My spaliśmy na pościeli we własnych śpiworach, ale szybko też skorzystaliśmy z dodatkowego okrycia kocami.



11.06.2011 sobota – Putre, Chile; 590 km (hotel 16.000 peso)


Skoro świt wyjechaliśmy w dalszą drogę. Osiągnęliśmy przełęcz na wysokości 4580 mnpm i zaczęliśmy obniżać się do

wielkiej kotliny znanej jako Laguna Parinacota.

Dalsza droga stała się dość uciążliwa z uwagi na trwające przy niej prace budowlane i niesamowite obciążenie wlokącymi się pod górę tirami załadowanymi materiałami dla Boliwii. Arica jest bowiem bezcłowym miastem portowym, w którym całe zaopatrzenie morskie Boliwii jest przeładowywane na wielkie ciężarówki i dostarczane tymi górskimi drogami do na rynek wewnętrzny. Całe szczęście, że nasza trasa się tu kończyła,

w maleńkim i niemal niezamieszkałym, ale architektonicznie ciekawym miasteczku Parinacota, leżącym w otoczonej ośnieżonymi wulkanami zielonej lagunie, nad pełnymi ptactwa wodnego jeziorami skrzącymi się nie do końca roztopionymi drobinami lodu, na wysokości 4410 mnpm.

 

Niskie skały wulkaniczne ponad laguną są siedliskiem ciekawych gryzoni Lagidium viscacha czyli wiskaczy, których całe kolonie wygrzewały się w słońcu i które nie bardzo bały się wścibskich ludzi, fotografujących ich zabawy. Ruszyliśmy zatem w drogę powrotną. Przed Putre, na wysokości 3900 mnpm, zaciekawiły nas formacje skalne, do których wprawdzie było dosyć daleko, ale do których postanowiliśmy się dostać, tym bardziej, że na skałach dostrzegliśmy jakieś kolumnowe kaktusy.

Po drodze widzieliśmy Tunilla chilensis GM1404.1, która w zasadzie nie różniła się od znanej nam już wcześniej Tunilla soehrensii,

oraz Maihueniopsis atacamensis GM1404.2.

 

Neowerdermannia chilensis GM1404

 

Neowerdermannia chilensis GM1404

W zagłębieniach niemal pionowych skał znaleźliśmy Neowerdermannia chilensis GM1404.

 

Nieco dalej na skałach czerwono kwitły krzaczaste Oreocereus leucotrichus GM1404.3 oraz wijące się po nich Mutisia hamata GM1404.4.

Oczywiście najwięcej czasu poświęciliśmy neowerdermaniom, bo dla ich znalezienia specjalnie się tu tłukliśmy.

 

Nieco dalej zauważyliśmy owocujące Oreocereus leucotrichus GM1405, których normalnie białe włosy pokryte były grubą warstwą szarego pyłu, spowodowane bliskością drogi i przejeżdżających aut.

Kilka kilometrów za osadą zwaną Zapahuira zatrzymaliśmy się by zobaczyć pozostałości kultury preinkaskiej Pukara de Copaquilla. Widokowo miejsce dość ładne, ale nie ma specjalnie co oglądać.

Gdy droga obniżyła się do wysokości 3000 mnpm, na stokach gołych gór ukazały się rośliny Browningia candelaris GM1405.1. W porównaniu do roślin peruwiańskich były nieco bardziej wysuszone i szare. Sporadycznie można było je spotkać aż do wysokości 2200 mnpm. Dalej była już tylko pustynia i piasek. W miejscowości Poconchile postanowiliśmy skręcić z drogi głównej na południe. Na zboczach po północnej stronie doliny widnieją do dzisiaj ślady dawnej linii kolejowej transy andyjskiej wiodącej z miasta portowego Arica do boliwijskiego La Paz, mającej długość ponad 3600 km i wznoszącej się od poziomu morza do wysokości 4256 mnpm. Najtrudniejszy odcinek między stacjami Central i Puquios pokonywany był za pomocą torów zębatych. Linia ta działała od roku 1913 do 1968. Obecnie rozpoczęto proces odbudowy linii kolejowej Arica – La Paz. Tu przyda się może trochę historii. W XIX wieku obecne tereny od Chipone na południu po dzisiejszą granicę peruwiańską na północ od Arica (prowincja Arica) należały do Peru, natomiast prowincja Antofagasta tj. na południe od Chipone aż prawie po Chañaral (26o szerokości południowej) należała do Boliwii. Na skutek zatargu gospodarczego Boliwii z Chile (nie dotrzymanie umów międzypaństwowych) armia Chilijska zajęła portowe miasto Antofagasta należące do Boliwii, w którym większość kapitału była Chilijska, a który to kapitał Boliwia próbowała znacjonalizować. Boliwia wypowiedziała więc w roku 1879 oficjalnie wojnę Chile. Do wojny po stronie Boliwii przyłączyło się Peru. Oba te kraje nie miały jednak takiej armii i floty morskiej, jakimi dysponowało Chile. Dość szybko wojska chilijskie dotarły do Limy oraz La Paz. W roku 1883 Peru podpisało rozejm z Chile, a w 1884 uczyniła to samo Boliwia, ale na warunkach Chile. Oznaczało to utratę całkowitą dostępu do morza dla Boliwii, natomiast Peru utraciło tylko prowincję Arica. Chile w 1906 roku na wniosek USA rozpoczęło budowę linii kolejowej z Ariki do La Paz a oddano ją do użytku po pięciu latach. W roku 1926 po kolejnej mediacji USA Chile gotowe było oddać Boliwii również port Arica wraz z przesmykiem łączącym Boliwię, ale nie wyraziło zgody na to rozwiązanie Peru, które na mocy traktatu z 1883 roku musiało wyrazić zgodę na każdą zmianę przy wspólnej granicy. Obecnie tereny przygraniczne północnego Chile, a właściwie obszar XV Region de Arica Y Parinacota, od granicy z Peru do osady Cuya (między Arica a Iquique) są traktowane zupełnie inaczej niż pozostała część Chile. Tutaj Indianie mogą np. bez przeszkód sprzedawać liście koki, a wszyscy żyją jak w Peru lub Boliwii. Dopiero próbując przejechać na południe, w osadzie Cuya znajduje się posterunek celny, gdzie celnicy lubią poszperać w bagażach. Chile też dla potrzeb Boliwii utworzyło w Iquique strefę bezcłową, skąd towary mogą być tanio dostarczane do Boliwii i innych krajów Ameryki Łacińskiej. I właśnie od Iquique przez Aricę, Putre do granicy boliwijskiej i z powrotem ciągną się jeden za drugim wielkie tiry. W Poconchile skręciliśmy na południe, ponieważ chciałem znaleźć podobno występującą w tych okolicach Islaya krainziana. Droga wznosiła się na góry wyglądające jak usypane z piasku wydmy.

W tym piasku na wydmach, na wysokości 950 mnpm znaleźliśmy tylko niewielką i bardzo kędzierzawą Tillandsia macronae GM1406 oraz znacznie wyższą, chociaż podobno dużo rzadszą Tillandsia landbeckii GM1406.2. Prawdopodobnie Islaya krainziana rośnie po przeciwnej stronie kanionu, czyli tam, gdzie wiedzie linia kolejowa, gdyż opisana została w roku 1963, a więc jeszcze w czasie, gdy koleją można było się poruszać. Później nikt już nie wspominał o znalezieniu tej rośliny, a istniejące w kolekcjach egzemplarze pochodzą z nasion i roślin zbieranych przez Rittera.

Wracając drogą panamerykańską na południe, zatrzymaliśmy się na chwilę przy dziwacznych pomnikach – dziełach sztuki i po czym pomknęliśmy dalej za Iquique, by znaleźć jakieś miejsce noclegowe na plaży. Namioty rozstawialiśmy już o zmroku, tuż za jednostką wojskową, niedaleko pomnika upamiętniającego walki z 21 maja 1879 roku pod Combate Naval de Punta Gruesa.



12.06.2011 niedziela – namioty na plaży za Iquique, Chile; 1.175 km


Po całkiem przyjemnej pod względem temperatury nocy wyruszyliśmy na Punta Patache, gdzie chcieliśmy znaleźć niedawno opisane Eriosyce caligophila, a tak naprawdę to niezwykle ciekawa Islaya. Było dla mnie oczywiste, że nie rosną one nisko, ale jak poprzednio poszukiwane Islaya iquiquensis na krawędzi schodzącej ku oceanowi wyżyny. Wyjechaliśmy na wyżynę i skierowaliśmy się śladami pojazdów wzdłuż krawędzi urwiska. Droga stawała się coraz trudniejsza. Miejscami nie wierzyłem, że to auto pokona takie stromizny, ale Darek był dobrej myśli i faktycznie udawało się to za każdym razem. W pewnym jednak miejscu się zakopaliśmy, ale kilka prób wystarczyło, by wygrzebać się z piachu. Tutaj Darek stwierdził – koniec jazdy. OK. Przeszedłem kawałek do góry i stwierdziłem, że po prostu trzeba jechać nieco inną drogą, której nie było z dołu widać. Wróciłem i przekazałem Darkowi tę informację, którędy trzeba jechać. Darek jednak nie chciał. Zabrałem się więc samotnie na wyprawę. Gdy już przeszedłem dobry kilometr – cały czas pod górę – zobaczyłem jadące auto. Co kawałek drogi Darek się zatrzymywał i lustrował teren w poszukiwaniu mnie. Nie spodziewał się, że tak daleko zajdę. W końcu mnie dostrzegł i dalej pojechaliśmy wypatrując właściwego terenu. Gdy dojechaliśmy do miejsca oznaczonego Zona de Niebla i natrafiłem na kilka roślin Eulychnia iquiquensis GM1406.1, było dla mnie jasne, że jesteśmy bardzo blisko.

Niemniej straciliśmy jeszcze dobrą godzinę penetrując potencjalne miejsca, gdy wreszcie wypatrzyliśmy niewielkie wzniesienie,

 

Islaya caligophila GM1407

 

na którym znalazłem pierwszą, schowaną przed wzrokiem roślinkę Islaya caligophila GM1407.

O tym, że rośliny nie rzucały się w oczy może świadczyć fakt, że mnie udało się znaleźć z dziesięć roślin, podczas gdy Darek nie mógł natrafić na ani jedną. Dopiero, gdy mu pokazałem, w jakich miejscach się ich spodziewać, kilka znalazł. Tutaj jechaliśmy dość dobra drogą, która schodziła na wybrzeże, a tam przecież mieliśmy dalej jechać. Szkoda było wracać tą trudną drogą, skorzystaliśmy więc z okazji. Droga wiodłą bardzo stromo w dół zakosami tak wyprofilowanymi, że niekiedy auto pokonywało zakręty na 2 – 3 razy. Gdy przebyliśmy 1/2 wysokości wyżyny, na drodze pojawiły się nawiane przez wiatr wydmy piasku. W dół jednak nie było problemu przejechać. Niespodzianka pojawiła się dopiero na wysokości 1/3 od poziomu morza. Droga nagle się skończyła, a dalej była tylko przepaść. Ta droga wykonana została tylko w takim celu, by można było postawić słupy energetyczne i je okresowo obsługiwać. Mogliśmy tylko wrócić. Droga pod górę dla tego auta nie przedstawiała problemów i przebiegała dość dobrze, ale na piaskowych wydmach się to dobrze skończyło. Trudno było się zbytnio rozpędzać, bo mogłoby nas wyrzucić w przepaść. Z tego samego powodu nie mogliśmy ryzykować jazdy krawędzią, gdzie tego piasku zapewne było mniej. Jednak po dwóch próbach, przy zapiętym napędzie na wszystkie 4 koła i blokadzie, udało się. I tak pomalutku wróciliśmy na wyżynę. Jednak musieliśmy wracać po swoich śladach aż na wybrzeże. Drogą wiodącą wzdłuż oceanu pojechaliśmy do miasta portowego Tocopilla, bo tu zamierzaliśmy spróbować znaleźć Eriosyce lauii.

Wyjechaliśmy do anteny nadawczej nad miastem i rozpoczęliśmy przeszukiwanie terenu. Na próżno. Nie znaleźliśmy dosłownie żadnych kaktusów, choć tu powinny rosnąć także jakieś Copiapoa i Islaya iquiquensis. Kilka kilometrów dalej znaleźliśmy miejsce na nocleg i tak zakończyliśmy pełen wrażeń dzień, naruszając nasze zapasy wina i brandy.



13.06.2011 poniedziałek – Tocopilla, Chile; 1.465 km (w górach 650 mnpm)


Rano dookoła zrobił się ruch. Te góry podziurawione są jak ser szwajcarski kopalniami, do których zdążają mieszkańcy miasta Tocopilla, by wydobyć minerały skrywane przez przyrodę. Wróciliśmy do Tocopilla i ruszyliśmy w kierunku Antofagasta. Pierwszym miejscem do którego zdążaliśmy było wzgórze zwane Morro Moreno, gdyż to tam występuje Horridocactus recondita. Udało nam się dotrzeć do przełęczy na wysokości 190 mnpm, co dawało nadzieję na łatwy dostęp do roślin. Wdrapałem się na wysokość 280 mnpm, ale wszędzie było mnóstwo wyłącznie martwych roślin, z których większość stanowiły Copiapoa atacamensis GM1407.1. Może znacznie wyżej byłoby lepiej, ale ponieważ czasu mieliśmy mało z uwago na zaplanowaną wizytę w obserwatorium astronomicznym, zrezygnowałem z dalszej wspinaczki. W Antofagaście dokonaliśmy większych zakupów i zatankowaliśmy auto, po czym przy chylącym się słonku dojechaliśmy do bram Observatorio Cerro Paranal.

Strażnik sprawdził, że jesteśmy na liście odwiedzających dziennikarzy, dopełniliśmy wszelkich formalności i udaliśmy się na wskazany parking, gdzie oczekiwała na nas przewodniczka.

Na początek zostaliśmy zakwaterowani w podziemnym, niemniej komfortowym hotelu.

Każdy otrzymał jednoosobowy pokój z łazienką, klimatyzacją, komputerem, telewizorem itp. Z prysznica natychmiast skorzystaliśmy. Obowiązkowo w tym miejscu musieliśmy mieć wyłączone telefony komórkowe. Również po zmroku poruszać się wolno bez świateł, a jeżeli to auta mogą mieć tylko zapalone światła pozycyjne. Zanim zupełnie się ściemniło pojechaliśmy autem na szczyt góry 200 m wyżej (2600 mnpm) gdzie znajduje się właściwe obserwatorium. Obserwatorium to zostało zbudowane przez Niemcy i jest to Europejskie Południowe Obserwatorium. Zostaliśmy pouczeni, którędy wolno się poruszać, a gdzie zupełnie nie wolno wchodzić, ponieważ drgania przenoszą się na sprzęty i może to być przyczyną poważnych strat spowodowanych rozkalibrowaniem urządzeń. Na wielkiej platformie, po której mogą poruszać się cztery mniejsze teleskopy,

 rośnie tutejszy endemit, Cistanthe salsoloides GM1407.2.

Przewodniczka zabrała nas do podziemnego budynku mieszczącego cały sprzęt przeznaczony do obserwacji i przetwarzania danych, gdzie wielu pomieszczeniach ustawionych było wiele komputerów. Każde pomieszczenie obsługiwało tylko jeden teleskop. Na powierzchni umieszczone były 4 wielkie i 4 małe teleskopy astronomiczne.

Zwiedziliśmy jeden z tych wielkich.

Widzieliśmy, jakie są możliwości ruchowe tych 40 tonowych kolosów.

Mogły obracać się całe budynki jak i osobno znajdujące się w nich teleskopy.

Kopuły budynków jak i ściany mogą żaluzjowo się uchylać i otwierać, a teleskopy pochylać w dowolną stronę.

 

W ten sposób praktycznie można obserwować dowolne miejsce na nieboskłonie.

Wielkie czasze zwierciadła, mające średnicę 8,2 m co pewien czas muszą być jednak czyszczone z osiadającego na nich pyłu.

W tym celu są demontowane i z wielką ostrożnością przewożone na dół. Wszyscy wykonują to z duszą na ramieniu, bo koszt takiego zwierciadła jest ogromny. Pomimo, że otwarcie obserwatorium przy udziale króla Szwecji datowane jest na 1996 rok, faktycznie pracę rozpoczęło w roku 1998.

W chylącym się słońcu obserwowaliśmy wypełniające przestrzenie między górami mgły camanchaca.

Z każdą minutą zmieniały się barwy otoczenia z żółtej, przez pomarańczową, różową do ciemnoczerwonej. Długo jeszcze horyzont zabarwiony był na czerwono. Zrobiło się dokuczliwie zimno. Tym niemniej obserwacje nieba tej nocy nie były owocne, gdyż księżyc stał w zenicie i tak mocno świecił, że faktycznie mimo nocy mogliśmy wracać do hotelu autem bez świateł. Inna sprawa, że cała asfaltowa droga oznakowana była obustronnie miniaturowymi światełkami typu LED.

W hotelu ugoszczeni zostaliśmy kolacją, po czym kto chciał mógł jeszcze raz jechać do pomieszczeń pracy obserwatorium. Darek pojechał, ale niewiele widział, gdyż w tym obserwatorium nie widać gwiazd na monitorze, co byłoby ciekawe, ale wszystkie dane są w postaci wykresów i tabel. Wrócił niezbyt zadowolony. Ja od razu poszedłem spać. Na pewno wizyta w tym obiekcie utkwi mi na długo w pamięci. Warto było postarać się o tę wizytę.



14.06.2011 wtorek – Observatorio el Paranal; 1.870 km (2400 mnpm)


Rano, po śniadaniu, rozliczyliśmy się z kluczy do pokojów i kart chipowych, którymi posługiwaliśmy się przy posiłkach itp., pożegnaliśmy z przewodniczką i opuściliśmy to wspaniałe miejsce. Teraz przyszedł czas na kaktusy. Skierowaliśmy auto ku wybrzeżu do Caleta El Cobre.

Wspaniale było widać jak camanchaca wypełnia doliny aż do wysokości 1200 mnpm.

Zatrzymaliśmy się na wysokości 1700 mnpm, ale żadnych kaktusów nie znaleźliśmy, jedynie Nolana aplocaryoides GM1407.3

i Loasa fruticosa GM1407.4 zwróciła naszą uwagę.

Pierwsze kaktusy pojawiły się na wysokości 780 mnpm. Były to wielkie kępy Copiapoa solaris GM1408,

choć spory odsetek stanowiły egzemplarze martwe, Copiapoa atacamensis GM1408.1

oraz Eulychnia iquiquensis GM1408.2.

Nieco dalej, widząc zmieniony typ podłoża, znów się zatrzymaliśmy, ale znaleźliśmy wyłącznie te same Copiapoa atacamensis GM1409 i Copiapoa solaris GM1409.1 w równie nieciekawym stanie.

Wioskę o nazwie El Cobre stanowi wyłącznie jedno zabudowanie postawione z blachy, oraz wiele łodzi. Właściciele widoczni byli w niewielkiej odległości przy połowie ryb. Okoliczne skały spenetrowaliśmy nie znajdując jednego kaktusa. Dalej pojechaliśmy wybrzeżem, kierując się na południe. W miejscu zwanym Blanco Encalada wybrzeże przecina niezbyt głęboki kanion, którego brzegi miejscami są skaliste. Tutaj zrobiliśmy postój.

Na skałach znalazłem wspaniale napite Copiapoa solaris GM1409.2

 

i równie dobrze wyglądające Copiapoa atacamensis GM1409.3. Widocznie większa ilość wilgoci dobrze im czyni.

Wjechaliśmy w głąb kanionu Caleta Botija. Miejsce to znane jest od dawna z występujących tutaj kilku gatunków Copiapoa, na które można się natknąć wchodząc coraz wyżej.

 

My jednak chcieliśmy zobaczyć tylko jeden gatunek Copiapoa aehremephiana GM1410.

 

Rosną kępiasto na niewielkich wywyższeniach dna kanionu. Główki nie osiągają dużych rozmiarów, najwyżej 5 – 6 cm średnicy. Można tu zobaczy tak zupełnie bezcierniowe rośliny, jak i bujnie ozdobione długimi cierniami, które mogą być niemal czarne lub nawet złotożółte. Jadąc dalej na południe obserwowaliśmy z zaciekawieniem niezbyt wyraziste ujścia dalszych kanionów. Przy jednym z takich miejsc nie wytrzymaliśmy, zostawiliśmy auto i pofatygowaliśmy się pod górę. Na naniesionych przez wodę wulkanicznych skałach

znaleźliśmy całkiem sporo ciekawych roślin: Copiapoa tenuissima GM1411,

Horridocactus flocossus GM1412, który nas zaskoczył swoją obecnością, gdyż jego występowanie jest odnotowane w Blanco Encalada, przy czym w tamtych okolicach go nie znaleźliśmy,

tylko kilka roślin Copiapoa papasoensis GM1412.1,

Copiapoa atacamensis GM1412.2,

 

Horridocactus echinus GM1412.3                                                  Euphorbia lactiflua GM1412.4

Horridocactus echinus GM1412.3, ale te rosły znacznie niżej niż H. flocossus, oraz licznie tu występująca Euphorbia lactiflua GM1412.4. Następny postój urządziliśmy przy skałach przylądka Punta Piedra.

 

Tutaj zainteresowały nas niewielkie, o jasnozielonej skórce Copiapoa humilis ssp. variispinata GM1413.

Razem z nimi były jeszcze tylko Horridocactus paucicostatus GM1413.1. Noc się zbliżała wielkimi krokami, wobec czego znaleźliśmy sobie zaciszną zatoczkę osłoniętą skałami, gdzie uraczyliśmy się czym jeszcze tylko mogliśmy, by bijące o brzeg fale nie przeszkadzały nam zbytnio podczas snu. Tsunami raczej się nie spodziewaliśmy.



15.06.2011 środa – plaża El Medano, Chile; 2.070 km


Rano zaopatrzyliśmy się w brakujące już artykuły pierwszej potrzeby w miasteczku Taltal, tuż za miasteczkiem zanurzyliśmy się w dość mocno zagospodarowaną zabudowanymi parcelami dolinę. Jedno zbocze niezagospodarowane przyciągnęło naszą uwagę liczną populacją Copiapoa cinerea GM1414

oraz nielicznymi i tylko w szczytowej partii, zasiedlające skały Horridocactus paucicostatus var. hankeanus GM1415.

Na nieco dalszym stanowisku znaleźliśmy tylko Copiapoa cinerea GM1415.1, jeśli nie liczyć jakichś miniaturowych mumii, być może poszukiwanego przez nas Horridocactus occultus. Wdarliśmy się w wąski kanion wiodący ostro pod górę. Auto postanowiliśmy zostawić w niewielkim rozszerzeniu dochodzącego drugiego, ale bardzo wąskiego kanionu, na wysokości 550 mnpm. Miejsca tu wystarczało na wyminięcie a nawet zawrócenie. Rozdzieliliśmy się, i każdy poszedł w swoją stronę, a właściwie zaczął wspinać się bardzo stromymi ścieżkami. Ja zrobiłem kilkukilometrowe okrążenie, w czasie którego dotarłem na sam szczyt rozpościerający widok na okolicę a później wróciłem dnem wąskiego kanionka.

Po drodze widziałem wyłącznie Copiapoa cinerea GM1415.2 oraz gdzieniegdzie Cumulopuntia sulphurea.

Idąc w dół kanionu słyszałem dość miarowe uderzenia, które się nasilały w miarę zbliżania. Wreszcie zobaczyłem trzech górników, którzy wielkimi młotami rozbijali potężne skały na drobniejsze, dające się ręcznie ładować, kawałki skał zawierających jakieś dość cenne minerały na bazie fosfatu. Duże skały rozsadzali dynamitem, chowając się w wykutej w skale niszy, w której też mieli stoły i krzesła, na których odpoczywali i spożywali posiłki. Znajdujące się za niszą wgłębienie o średnicy niemal 2 metrów wypełnione było niemal po brzegi zgniecionymi puszkami po piwie. Ciekawi mnie do dzisiaj, czy coś tym górnikom pozostaje z zarobku na minerałach, czy też wystarcza po prostu na jedzenie i picie. Wychodząc z tego kanionu na drogę, która nas tu przywiodła, zauważyłem, że droga kończyła się zaparkowanym autem. Drugie auto by tu już nie miało możliwości zawrócić. Dobrze, że zatrzymaliśmy się te kilkaset metrów poniżej. Teraz pojechaliśmy w kierunku kanionu Quebrada San Ramon, ale od strony górnego biegu.

Na wysokości 1230 mnpm znaleźliśmy niezbyt liczną populację Eriosyce rodentiophila GM1415.3.

Dnem kanionu przejechaliśmy jeszcze kilka kilometrów, tj. tak daleko, jak tylko było to autem osiągalne.

Tu na wysokości 930 mnpm poza wcześniej widzianymi E. rodentiophila

były jeszcze pięknie ociernione Copiapoa rupestris GM1415.4.

Wróciliśmy z tego pięknego kanionu i udaliśmy się dalej na południe poprzez rezerwat Parque Nacional Pan de Azucar.

Nie omieszkaliśmy zatrzymać się w miejscu, gdzie było dość sporo roślin Copiapoa columna-alba GM1417

oraz kępiasto rosnące C. cinerascens GM1416. Gdy byłem tu w roku 2008, te ostatnie były mocno zasuszone i nieciekawie wyglądające. Teraz sytuacja się diametralnie zmieniła. Zapewne dostały większą dawkę wody i wyglądały bardzo dobrze.

Późną już porą minęliśmy ospałe miasteczko portowe Chañaral i zagłębiliśmy się w dość szeroki kanion wiodący w głąb lądu. Gdy zobaczyliśmy wpadający do niego jeszcze jeden kanion o szerokim i płaskim dnie, postanowiliśmy w nim na kilkumetrowym wywyższeniu zapobiegającym przed ewentualnym zmyciem wodą, gdyby zaczęło padać, rozbić namioty. Rozbijając namioty musieliśmy uważać, by nie położyć się na niewielkich, wystających z ziemi, ale kłujących kaktusach z rodzaju Copiapoa. Noc jednak przebiegła nadzwyczaj spokojnie, bez opadów.



16.06.2011 czwartek – za Barquito, namioty; 2.360 km


Gdy się rozwidniło na tyle, że mogliśmy zacząć robić zdjęcia, obeszliśmy najbliższą okolicę.

Dookoła rosły niewielkie i tylko sporadycznie tworzące małe kępy Copiapoa marginata GM1418. Rosły tak na dnie kanionu, jak i na zboczach gór.

Strome zbocza skrywały jednak większe rośliny, które z pewnością były Eriosyce rodentiophila GM1419,

ale w odróżnieniu od znanych nam północnych populacji, areole miały pokryte grubym i długim filcem, co powodowało, że długo nad nimi się zatrzymaliśmy.

 

Copiapoa marginata GM1418                                                           Eulychnia breviflora GM1419.1

Jeszcze tylko nieduże rośliny Eulychnia breviflora GM1419.1 o bardzo długich cierniach zarejestrowały nasze aparaty przed wyruszeniem w dalszą drogę.

 

Zatrzymaliśmy się na dawniej odwiedzonym przez mnie miejscu, niedaleko Punta Totoralillo, gdzie w czysto białym kwarcowym grubym piasku, czy raczej żwirze wypatrzyliśmy Thelocephala krausii GM1420.

Nieco niżej widzieliśmy tylko Copiapoa calderana GM1421, które w porównaniu do innych stanowisk osiągały znacznie mniejsze rozmiary.

Minęliśmy łukiem portowe miasto Caldera i skierowaliśmy się poprzez Bahia Inglesa ku widocznemu z daleka przybrzeżnemu pasmu górskiemu o nazwie Morro Copiapo. Nie zamierzaliśmy jednak wspinać się tak wysoko. U podnóża gór istnieją jak gdyby fałdy terenu. Zainteresowały mnie miejsca na wysokości 110 mnpm, w których taka fałda opada w dół z nachyleniem do oceanu.

 

Tam też dość szybko wypatrzyłem dość duże, bo osiągające 6 cm średnicy Thelocephala odieri GM1422. Zwiedziliśmy kilka takich miejsc.

Na niżej położonych terenach znaleźliśmy tylko wielkie grupy Copiapoa marginata GM1423.

W niezbyt odległym miejscu, na wysokości 130 mnpm znów rosły Th. odieri GM1424. Wszystkie te rośliny rosły bardzo płasko, niemal równo z terenem, dopasowane do niego kolorystycznie tak, że trudno je było wypatrzeć. Ucieszyło mnie to znalezisko, gdyż od żadnego z moich znajomych odwiedzających Chile nie słyszałem, by wspominał o tych roślinach.

 

Dalsza droga poprowadziła nas przez dość ruchliwe miasto Copiapo, gdzie dokonaliśmy zaprowiantowania i w którym pamięta się o polskim górniku Ignacym Domeyko, przez miasteczko Tierra Amarilla do doliny Quebrada Carrizalillo. Stoki po obu stronach doliny dość ostro wznoszą się ku barwnym szczytom, lecz nie widać na nich śladu roślinności. Kilkanaście kilometrów za osadą El Maray znaleźliśmy na wysokości 2010 mnpm odchodzący prostopadle od drogi, niewielki, dość wąski, ale mieszczący auto kanion, w którym po około 100 metrach jazdy ustawiliśmy auto z dala od skał (zagrożenie spadającymi odłamkami kruszejących skał) i rozbiliśmy na noc namioty.



17.06.2011 piątek – namioty; 2.650 km (2000 mnpm)


Noc była zimna, ale z pierwszymi promieniami słońca wypatrzyliśmy jakąś drogę wejścia na skały, którą zaczęliśmy się wspinać po chybotliwych kamieniach, grożących spadnięciem z dość już znacznej wysokości.

Ostrożnie wspinając się, w pewnym momencie zobaczyliśmy przepiękne, złoto ociernione Eriosyce aurata ssp. spinibarbis GM1425. Te rośliny są jak gdyby naturalnym przejściem pomiędzy Eriosyce aurata a E. rodentiophila. Również miejsce występowania geograficznie leży pomiędzy obydwoma kompleksami roślin. Gdy wspięliśmy się na grzbiet, pewien odsetek roślin miał ciernie barwy miodowej, a nawet brązowej.

Poza tymi kaktusami szczeliny skał zasiedlały jeszcze tylko jakieś sukulenty z rodzaju Calandrinia sp. GM1425.1.

Wróciliśmy do auta i skierowaliśmy je z powrotem w kierunku El Maray. Zatrzymaliśmy się jeszcze za osadą El Maray.

 

Tutaj również widzieliśmy Eriosyce aurata ssp. spinibarbis GM1425.2, ale te ciernie miały wyłącznie ciemnobrązowe lub czarne. Spory udział wśród tych roślin miały mumie.

Skrótem dotarliśmy do drogi Panamerykana, którą ruszyliśmy na południe. Gdy znudziła nam się jazda płaskim, nieciekawym terenem, skręciliśmy ku majaczącym po lewej, niewysokim pojedynczym wzgórzom.

 

Na wzgórzach widzieliśmy wyprostowane Eulychnia breviflora GM1426.1, co wskazywało, że może tam być również coś innego.

 

I faktycznie, wkrótce wypatrzyliśmy piękne egzemplarze Horridocactus eriosyzoides ssp. atroviridis GM1426.

U podnóża skał kępiasto rozrastały się Miqueliopuntia miqueli GM1426.2.

Dalsza droga wiodła dnem wyschniętego potoku aż do szerokiej i płytkiej doliny Quebrada Cachiyuyo, którą znów dotarliśmy do Panamerykany. Droga ta jest obecnie w fazie budowy autostrady i już widzimy, że w przyszłości nie da się dojechać do bardzo wielu ciekawych miejsc, bo z autostrady nie będzie możliwości zjazdu np. na dno kanionu czy koryta suchej rzeki. W miejscu oznaczonym Posada Algarrobal skręciliśmy ku Carrizal Bajo. Posada oznacza po prostu pewien typ restauracji przydrożnej. Przy osadzie Buena Ventura zatrzymaliśmy się na krótki postój.

 

Na skałach znaleźliśmy Horridocactus crispa ssp. carrizalensis GM1427. Wszystkie rośliny z tego gatunku cechują się rzepowymi korzeniami z przewężeniem w postaci szyjki korzeniowej.

Były tu też, nieliczne wprawdzie, Thelocephala napina ssp. aerocarpa GM1427.1

oraz piękne grupy Copiapoa echinoides GM1427.2.

Wjechaliśmy na tereny Park National Llanos de Challe, który był naszym celem, gdyż to tutaj odkryte zostały i niedawno opisane rośliny Thelocephala napina ssp. challensis. Przed wylotem wypracowałem sobie kilka punktów, w których potencjalnie mogłyby występować. Udało mi się znaleźć prowadzącą do tych miejsc, choć jadąc asfaltem zupełnie jest niewidoczna. Wjechaliśmy w ciekawą dolinę, w której dominowały niewysokie grzbiety pokryte białym kwarcowym piaskiem. Zatrzymaliśmy się w pierwszym wyznaczonym punkcie. Grzbiet podziurawiony był licznymi jamkami, i pomimo długiego poszukiwania znaleźliśmy tylko dwie blisko siebie rosnące,

  

 poszukiwane Thelocephala napina ssp. challensis GM1428.

Wyglądały zupełnie jak często spotykane w Meksyku Epithelantha micromeris. Na początku podejrzewaliśmy, że te jamki to wynik wykopywania roślin przez zbieraczy botaników lub kaktofilów, ale gdy zobaczyliśmy stado guanako kopiące w ziemi, upewniliśmy się, że to ich sprawka. Miękkie i soczyste, grube jak pietruszka korzenie są pożywieniem tych zwierząt, a łatwo dający się kopać grunt ułatwia im to zadanie.

 

Pojechaliśmy do drugiego wyznaczonego przeze mnie miejsca. Tutaj podłoże na pozór podobne, było jednak bardzo twarde, i tutaj wypatrzyliśmy dość dużą ilość roślin, a jamek nie było wcale.

Jedynymi kaktusami, które im towarzyszyły, były nieliczne grupy Copiapoa echinoidea GM1428.1.

Skierowaliśmy się ku wybrzeżu, ale jeszcze zanim je zobaczyliśmy zatrzymaliśmy się przy głębokich jarach, nad którymi poprowadzona została droga.

Na zboczach jednego z nich zobaczyliśmy wiele roślin Calandrinia sp. GM1153 o bardzo sukulentowym, grubym pniu,

olbrzymie kępy Copiapoa dealbata GM1153.1 oraz Oxalis gigantea GM1428.2. Na nocleg zajechaliśmy za Los Toyos, jako że w osadzie camping był nieczynny. Rozbiliśmy namioty na skałach niedaleko wybrzeża, ale w takim miejscu, by fale nas nie ochlapały.



18.06.2011 – sobota – plaża za Los Toyos; 2.930 km


Rano pomknęliśmy na północ, bo koniecznie chciałem zobaczyć jak wygląda Neoporteria sociabilis, której jeszcze nie widziałem u nikogo w kolekcji. Na pierwszy ogień poszły skały na plaży Caleta de los Burros, na których przy panującym zmroku

spowodowanym grubą warstwą mgły camanchaca dostrzegliśmy Horridocactus crispa ssp. totoralensis GM1429,

grupki niewielkich Copiapoa echinata GM1429.1

oraz duże kępy Copiapoa dealbata GM1429.3.

U podnóża skał niebieskimi kwiatkami kwitły Nolana rupicola GM1429.2. Poszukiwanych neoporterii jednak nie było. Ruszyliśmy dalej na północ.

Zatrzymaliśmy się po paru kilometrach, gdy zobaczyliśmy ciekawe formacje skalne, między którymi bielały szkielety morskiej fauny.

 

Na początku powitały nas zielonymi listkami i żółtymi kwiatami Oxalis gigantea GM1430.4,

pomarańczowo kwitnąca Argylia radiata GM1430.2 i sukulentowa, podobna do spotkanej poprzedniego dnia Calandrinia sp. GM1430.3

oraz Horridocactus crispa ssp. totoralensis GM1430.1. Gdy wspięliśmy się wyżej na skały, radość nasza nie miała granic, bo nie dość,

że znaleźliśmy poszukiwane Neoporteria sociabilis GM1430,

to jeszcze prawie wszystkie ozdobione były wiankami czerwonych kwiatów.

Co prawda, te kwiaty, w odróżnieniu od innych gatunków neoporterii, były bardzo małe.

Neoporteria sociabilis GM1430 z lewej i Horridocactus crispus ssp. totoralensis GM1430.1 z prawej

Szkoda tylko, że nie miały dojrzałych owoców, bo nasiona z pewnością byśmy zabrali.

Teraz już nie miałem oporów, by kontynuować podróż na południe. Ponownie przez Buena Vantura dojechaliśmy do Panamerykany i nią kilka kilometrów na północ, w okolice osady Chacritas, przy której wznosiło się kilka bardzo skalistych wzgórz. Przez dłuższy czas nie widzieliśmy nic, poza Cumulopuntia sphaerica i Miqueliopuntia miqueli GM1430.6, ale udało mi się wypatrzeć kilka ciekawych

roślin Horridocactus eriosyzoides ssp. atroviridis GM1430.7.

Wróciliśmy do Vallenar, ponieważ w pobliżu powinny rosnąć Neoporteria subgibbosa ssp. vallenarensis. Samo miasto jest ciekawie zbudowane, ale przecisnąć się przez centrum nie jest łatwo. Niesamowity ruch w tych wąskich uliczkach mocno nas spowolnił. Okazało się jednak, że brzegi kanionu rzeki są tak zagospodarowane, że brak do nich dostępu. Być może, gdybyśmy pojechali dalej w kierunku Freirina, miejsce takie byśmy znaleźli, ale czas nam już nie pozwolił na takie zabawy.

Popędziliśmy do górniczego miasteczka Domeyko, skąd skierowaliśmy się na zachód. Zaraz też po kilkuset metrach

 zatrzymaliśmy się, ale dopiero dość wysoko na zboczach zobaczyliśmy Horridocactus kunzei ssp. transitensis GM1430.8. Po przebyciu kilkunastu kilometrów, na ciekawej górce znalazłem również Horridocactus kunzei ssp. transitensis GM1430.9, ale te były wprawdzie nieliczne, ale osiągały dość duże rozmiary, ponad 20 cm wysokości i kilkanaście cm średnicy. Oznaczyłem te rośliny jako podgatunek transitensis pomimo, że stanowisko jest dość odległe, ponieważ podobieństwo z nimi było wielkie, a od typowego kunzei różniły siuę znacznie. 

Były tu jeszcze dość sporych rozmiarów kępy odmiany Copiapoa coquimbiana „Domeykoensis” GM1430.10. Po następnych kilkunastu kilometrach znowu postój i zwiedzanie najbliższej górki.

 

Tu, na wysokości 480 mnpm znaleźliśmy wyłącznie Horridocactus heinrichianus GM1431. Znowu ujechaliśmy kilka kilometrów, by na wysokości 440 mnpm, niedaleko osady El Higirio urządzić ostatni wypad do terenu. Wdrapaliśmy się na skały otoczone suchym, spękanym białym błotem.

 

Na skałach znaleźliśmy dość liczną populację Copiapoa coquimbiana GM1431.1, którą wyróżniały wielkie, czasem mierzące ponad metr długości rośliny. Jedna nawet rosła w formie wielkiego grzebienia. Ponieważ niebo zaciągnęło się chmurami, postanowiliśmy nie nocować na wybrzeżu w namiotach, ale postarać się o hotel. Tym samym wróciliśmy do Panamerykany i zatrzymaliśmy się dopiero późnym wieczorem w mieście La Serena, gdzie udało nam się także znaleźć odpowiedni i całkiem dobry hotel.



19. 06.2011 niedziela – La Serena; 3.455 km (hotel 28.000 peso)


Co do pogody mieliśmy dobre przeczucie, bo całą noc lało, co jest wydarzeniem nie często spotykanym w tym rejonie Chile. Zasmakowaliśmy w neoporteriach. Właśnie o tej porze roku kwitną. Z kilku źródeł wiadomo, że w pobliżu La Serena, a właściwie na wschód od niej występuje Neoporteria clavata, również w kolekcjach nieobecna. Pokusiliśmy się wobec tego o jej znalezienie. Tutejsze tereny dla kaktusiarzy są niegościnne. Wzgórza otoczone ogrodzonymi winnicami. Żadnego dostępu. Niedaleko Las Rojas zauważyliśmy odbijającą w prawo drogę. Próbujemy. Wąska droga wije się pod górę między ogrodzeniami, niekiedy pod kątem prostym zakręca tak, że trudno wykonać autem manewr skręcania. Do tego wszystkiego ziemia jest mokra i śliska. Kilka odnóg drogi kończy się niespodziewanie bramami, więc wracamy i podążamy dalej. W pewnym miejscu jakaś luka przy wzgórzu, z której natychmiast korzystamy, pomimo mżącego deszczu. Przeskakujemy przez dosyć głęboki kanał nawadniający i ruszamy pod górę, w kierunku wielkich, choć dosyć okrągłych głazów.

 

 

Wreszcie je dostrzegamy – Neoporteria clavata GM1432. W deszczu korpus ciemno zielony z prawie czarnymi cierniami, ale z różowymi kwiatami. Tego nam było trzeba. Większość roślin jest pokroju kulistego, no może nieco wydłużone, ale spotykamy również rośliny bardzo kolumnowe – stąd nazwa clavata.

By nie wracać do La Serena, niedaleko Talca wypatrujemy drogę wiodącą na południe. Już po pierwszych kilometrach zaczynamy się zastanawiać czy nie wrócić, bo kręta górska droga nieutwardzona, po deszczu jest grząska i śliska. Momentami auto zupełnie nie słucha kierownicy, chociaż poruszamy się wolno. Jedziemy jednak dalej. Po przebyciu około 10 km drogi zatrzymujemy się na wysokości 590 mnpm, ale w pobliżu widzimy wyłącznie

 Eulychnia acida GM1433.1 obficie porośnięte owocującymi pasożytami Tristerix aphyllus GM1433.2

 oraz wielkie żółtawe kule Eriosyce aurata GM1433.3.                        Trichocereus chiloensis GM1433.5

Kilka kilometrów dalej, ale już za miejscowością Placilla, na wysokości 910 mnpm znajdujemy poza Eulychnia acida również Trichocereus chiloensis GM1433.5 oraz Eriosyce aurata GM1433.4. Wąska droga prowadzi teraz zboczami dość głębokiego kanionu i wzmagamy uwagę, bo nie dość że jest ślisko, to jeszcze nocna ulewa spowodowała niewielkie osunięcia i miejscami na drodze leżą zwały ziemi, a także kamieni i większych skał. Niekiedy muszę wychodzić z auta i usuwać głazy na tyle by pojazd się pomieścił. Mżawka nie ustaje i wycieraczki bez przerwy ślizgają się po szybie. Dobrze, że minęliśmy grzbiet górski, za którym droga wiedzie już w dół. W pewnym momencie coś mignęło mi w oczach podczas omijania mocno wcinającego się w zbocze jaru. Moje – stój! – wyraźnie Darka ucieszyło. Byliśmy na wysokości 730 mnpm.

 

Wyszliśmy z auta i już z daleka zobaczyliśmy kwitnące Neoporteria subgibbosa ssp. nigrihorrida GM1434. Deszcz i śliskie, bardzo strome skały nie pozwoliły nam wejść wyżej, ale i te rośliny nas zadowoliły. Wreszcie dotarliśmy do drogi asfaltowej i skierowaliśmy się do dużego miasta Ovalle.

Po drodze zauważyliśmy rwące rzeki rozdzielające mniejsze drogi na nieprzejezdne części.

Pod nami dolina Ovalle zalana była wodą. Winnice zalane były do połowy wysokości krzewów. Takiego widoku nie tylko nikt z nas się nie spodziewał, ale również mieszkańcy Chile zatrzymywali się by zrobić zdjęcia. Widzieć Atakamę pod wodą, to jest coś. Podobno takiej wody w Chile nie było od lat 50-ciu.

Darek koniecznie chciał zobaczyć białe Neoporteria senilis ssp. elquinensis GM1435, wobec czego skierowaliśmy się do osady Tabaqueros, ponad którą w roku 2008 znalazłem ich stanowisko. Wówczas wydawało mi się, że to było na szczycie wzgórza. Wdrapaliśmy się tam od innej strony, ale ani jednej poszukiwanej roślinki nie zobaczyłem.

 

Spotykaliśmy tylko Horridocactus limariensis GM1436. Po przemyśleniu doszedłem do wniosku, że wówczas byliśmy dopiero po przylocie i nie byliśmy właściwie zaaklimatyzowani, więc tylko nam się wydawało, że to jest wysoko. Znaczyłoby to, że musimy zejść niżej, w kierunku, z którego poprzednio wchodziliśmy. W połowie wysokości stoku dostrzegłem białe kłębuszki jakby waty, wciśnięte w szczeliny skał.

 

 

To były one. Niestety nie kwitły, a tylko kilka największych roślin naznaczone było ząbkami pąków kwiatowych.

Trichocereusy oblepione były kwitnącymi pasożytami Tristerix aphyllus GM1436.1.

 

Wracając podziwialiśmy wspaniale widoczną na ciemnym niebie pełną i do tego podwójną tęczę. Teraz czekała nas długa podróż, przez Ovalle, autostradą Panamerykaną omijając La Ligua do La Calera, dokąd dotarliśmy już dobrze po zmroku.

20. 06.2011 poniedziałek - La Calera; 3.920 km (hotel 20.000 peso)


W planach mieliśmy wizytę w Parque Nacional de Campana wraz ze wspinaczką na szczyt La Campana, ponieważ tam rośnie Horridocactus garaventae. Poarnek wybił nam ten pomysł z głowy, gdyż od połowy wysokości góry pokryte były śniegiem. Z pewnością więc wstęp na górską trasę był zamknięty.

 Moim dalszym celem była jeszcze jedna Neoporteria, która wprawdzie dość rzadko, ale w kolekcjach się pojawia. Wyczytałem, że Neoporteria senilis ssp. coimasensis występuje przy Cuesta Chacabuco, wobec czego tam skierowaliśmy auto. Przejeżdżając przez piękne góry w pobliżu Las Chilcas podziwialiśmy kaniony, które wyglądały na tyle ciekawie, że je zapamiętaliśmy. Bez problemów dotarliśmy do Cuesta Chacabuco, lecz cały teren wzdłuż drogi był gęsto ogrodzony, a im byliśmy wyżej, tym gęsta mgła, a właściwie chmury uniemożliwiały obserwację. Gdy już nawet pobocza nie było widać, zawróciliśmy. W dolnej partii gór zauważyliśmy głęboki kanion o wyrazistych skałach, na których mogłyby rosnąć poszukiwane Neoporteria, ale dostępu do nich zupełnie nie było. Ogrodzenia po obu stronach drogi wyposażone były w tabliczki informujące, że jest to teren doświadczalny, na którego wstęp jest zabroniony. Cóż było robić. Zjedliśmy co nieco i przypominając sobie te niedawno widziane piękne kaniony, powróciliśmy w okolice Las Chilcas. Zatrzymaliśmy się na małym parkingu z kapliczką, przeszliśmy w niedozwolonym miejscu przez autostradę i balustradę oddzielającą od kanionu, po czym zanurzyliśmy się w przyrodzie. Gdy zeszliśmy do dna kanionu obskoczyły nas dwa ujadające psy, ale że nie robiliśmy sobie nic z tych hałasów, jeden się uspokoił, a drugi zaczął na nas skakać, chyba z radości. Wkrótce pojawił się właściciel i je zabrał. Jak się okazało właściciel z psami mieszkali w jamie pod skałą, ale co tutaj robili, nieopodal autostrady, ale w miejscu zupełnie niedostępnym – tego nie wiemy. Darek poszedł na stok po prawej, a ja postanowiłem wejść w głąb kanionu. Ścieżka wiodła stromym zboczem i czasami trudno mi było się nią poruszać, by nie zsunąć się na dno kanionu.

Po pewnym czasie dno kanionu podniosło się niemal do poziomu ścieżki, a przede mną pojawiły się skały tuz nad płynącym dnem strumieniem. I to na tych skałach dostrzegłem żółtawe i brązowawe, o dość sztywnych i niepodobnych do podstawowego gatunku cierniach,

 

 

Neoporteria senilis ssp. coimasensis GM1437. Do roślin nie mogłem się prawie dostać, bo rosły tylko na pionowych skałach. Próbowałem i od góry i z boku, ale tam, gdzie można było dojść, tam już nie rosły. Dodatkową trudnością było fotografowanie, ponieważ wybierały miejsca zacienione rosnącymi w tym miejscu wysokimi drzewami. Aparat musiałem trzymać wysoko ponad głową, stojąc niestabilnie. Ustawienie wysokiej czułości przy tym zacienionym miejscu na dnie kanionu i deszczowej pogodzie i tak mocno zadania nie ułatwiło. Pomimo jasnego obiektywu, wyciągnięcie go na długość „tele” spowodowało tak znaczne zmniejszenie otworu przysłony, że wiele wykonanych w tym miejscu zdjęć musiałem usunąć, jako minimalnie, ale poruszone. Tylko kilka roślin widziałem większych, rosnących słupkowo. Większość wyglądała, jak 5-cio centymetrowej średnicy kulki, których ociernienie przypominało mi grubo ociernione Neoporteria chilensis. Wielka szkoda, że ani nie kwitły, ani nie miały owoców i nasion.

W drodze powrotnej widziałem jeszcze tylko wiele trichocereusów opanowanych przez Tristerix aphyllus GM1437.1. Darek niestety neoporterii nie widział, a wracać mu się już nie chciało.

Obraliśmy kierunek na Santiago, ale z autostrady, przy której zatrzymywać się z oczywistych powodów nie wolno, skręciliśmy na drogę wiodącą doliną Valle Chicauma prze miasteczko Lampa. Tu też trudno było znaleźć miejsce nieogrodzone. W jednym miejscu nam się jednak udało zaparkować przy wznoszącym się ponad nami stoku góry.

 

Dość długo szukaliśmy, ale w końcu kilka roślin Horridocactus engleri GM1437.2 udało mi się wypatrzeć. Dotarliśmy wreszcie do obwodnicy Santiago i dalej autostradą ruszyliśmy przez miasto Melpilla do rekreacyjno wypoczynkowego miasteczka położonego nad oceanem San Antonio. Szybko znaleźliśmy jakiś hotel w samym centrum miasta, w którym zakończyliśmy dzień delektując się dobrym winem.

21. 06.2011 wtorek – San Antonio, Chile; 4.380 km (hotel 12.000 peso)


Rano zjedliśmy niezłe burritos w pobliskim i jedynym w okolicy otwartym o tak wczesnej porze kiosku gastronomicznym i pojechaliśmy na południe. Naszym jedynym tego dnia celem były zupełnie nieznane w kolekcjach Horridocactus aspillagae. Ponieważ doszło do nas, że były znalezione poza typowym stanowiskiem również na południe od miasteczka Navidad, więc tam się skierowaliśmy. W miasteczku zjedliśmy obiad, kupiliśmy zapas piwa i uzyskaliśmy informację, jak dojechać do osady Pupuya. Z tą osadą jednak jest kłopot, ponieważ rozciąga się na przestrzeni blisko 20 km, i trzeba dokładnie wiedzieć, o które miejsce chodzi. Dotarliśmy do leżącej na wybrzeżu osady Lagunillas, która należy już do obszaru Pupuya. Auto zostawiliśmy w wiosce i zeszliśmy przez piaszczyste wydmy na plażę. Im dalej na południe, tym brzeg stawał się wyższy i bardziej urwisty.

Spotkaliśmy na plaży tubylców, którzy z wyrzucanych przez ocean stworzeń morskich o wapiennych skorupach wydobywali czerwone mięsko, podobno bardzo smaczne. Pokazaliśmy im zdjęcia poszukiwanych przez nas roślin. Wskazali nam leżącą jakiś kilometr dalej stromą skarpę. Podobno na niej są takie kaktusy. Dotarliśmy do stromizny.

Pod nią stała mała chałupka, na której powieszona była tablica informująca, w którą stronę uciekać w przypadku wystąpienia tsunami. Było to dość zabawne. Na skałach już z daleka dostrzegliśmy kaktusy, ale nie były to poszukiwane przez nas H. aspillagae,

  

ale Neoporteria subgibbosa GM1438. Widziałem już na innych stanowiskach te rośliny, ale obecne zrobiły na nas wrażenie, przede wszystkim rozmiarami, które osiągały.

Zazwyczaj były maczugowato rozszerzone ku górze i przy średnicy do 20 cm średnicy dorastały do wysokości niemal metra. Wdrapywaliśmy się na szczyt skarpy w nadziei, że tam będą poszukiwane H. aspillagae.

 

Wysoko znaleźliśmy nawet rośliny kwitnące, jak i owocujące. Skarpa na samej górze porośnięta była sosnami, ale i pod nimi nie znaleźliśmy tego, co nas interesowało. Tym niemniej wizyta była interesująca,

 

ponieważ pod sosnami rosły tak neoporterie, te zwykle były bardzo długie i cienkie, ale razem z nimi rosły wielkie grzyby, podobne do naszych maślaków. Z innych ciekawych roślin zanotowaliśmy kwitnące Phycella ignea GM1438.1

jak i Embothrium coccineus GM1438.2.

Schodząc trawiastym żlebem znaleźliśmy już usychające olbrzymie Gunera tinctoria GM1438.3.

Wróciliśmy do Navidad i przez Litueche podążyliśmy w kierunku Pichilemu. Kilkanaście kilometrów przed Pichilemu skręciliśmy na północ, licząc na to, że uda nam się dostać na typowe stanowisko H. aspillagae, które jest opisane jako Hacienda Tanume. Obecnie Hacienda Tanume to kompleks lasów sosnowych, które są tu eksperymentalnie nasadzane. cały teren leśny jest ogrodzony. W jednym miejscu zauważyliśmy, że brama prowadząca przez las w stronę wybrzeża jest otwarta, więc skorzystaliśmy. Rozmokła droga leśna po kilku kilometrach stała się zupełnie nieprzejezdna. Zostawiliśmy auto na drodze, bo i tak nikt by nie przejechał i piechotą poszliśmy dalej. Po mniej więcej dwóch kilometrach dotarliśmy do wielkiej łąki, pośrodku której wznosiło się wzgórze. Ciężko było przejść przez ową łąkę, ponieważ po deszczach płynęła przez nią woda, tak, że buty i skarpety natychmiast mieliśmy mokre. Na wzgórzu również nie znaleźliśmy nic ciekawego. Wróciliśmy do drogi i jeszcze ze dwa kilometry przeszliśmy w dół, czyli ku wybrzeżu. Został jednak do przejścia zbyt duży odcinek trasy, byśmy mogli go zrealizować przed nocą. Wróciliśmy wobec tego do auta i skierowaliśmy się ku drodze głównej. Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że brama jest zamknięta na kłódki, dobrze osadzona, a ogrodzenie z drutu kolczastego mocno napięte. Nie chcieliśmy tu pozostać na noc, więc poszliśmy po rozum do głowy. Wypatrzyłem miejsce, do którego był dojazd i dalej za ogrodzeniem też można było kontynuować jazdę polami do drogi. Należało tylko jakoś przebyć ogrodzenie. Całe szczęście w nieszczęściu, że gleba była mocno nasączona wodą i miękka. Udało nam się wyciągnąć z ziemi siedem kolejnych słupków mocujących ten mocno naciągnięty drut kolczasty, położyć je na ziemi, na kolcach drutu ułożyć szczapy drewna i przejechać, po czym z powrotem wsunęliśmy słupki w powstałe otwory tak, że nie pozostało śladu po naszym działaniu, jedynie obserwując ślady odciśnięte przez koła, można było dostać rozdwojenia jaźni. W tych lasach, jeśli się nie posiada dokładnej lokalizacji, nie sposób znaleźć roślin. Również od strony wybrzeża nie istnieje żadna droga. Na dziko nie ma możliwości dostania się na stanowisko. Można próbować tylko legalnie, za zgodą właściciela terenu i z przewodnikiem. Szybko się ściemniało, wobec czego wyruszyliśmy na nocleg do hotelu w miasteczku Pichilemu.


22. 06.2011 środa – Pichilemu, Chile; 4.625 km (hotel 9.000 peso)


Pozostała mi tylko jedna neoporteria, którą chciałem zobaczyć w naturze, a to Neoporteria castanea. W opisach można znaleźć jako miejsca występowania, leżące na południe od Pichilemu miejscowości Lolol, Villa Prat i Curico. Rychło dojechaliśmy do Lolol, ale tutaj też, jak wszędzie w pobliżu Santiago, brak było dostępu do jakiejkolwiek góry. Uzyskaliśmy jednak pozwolenie właściciela wybranej przez nas losowo góry i zaczęliśmy wspinaczkę. Straciliśmy zapewne godzinę, ale i tak nie natrafiliśmy na żaden ślad kaktusów, poza trichocereusami. Jadąc dalej na południe zapuściliśmy się dość daleko w dolinę rzeki Estero Quinahue, ale równie bezowocnie. Wróciliśmy więc do obranego kierunku jazdy i po pewnym czasie dotarliśmy do Villa Prat. Tutaj nie zauważyliśmy potencjalnych miejsc, na których mogłaby istnieć wegetacja kaktusowa. Pytani mieszkańcy, którym pokazywaliśmy zdjęcia, również dawali odpowiedzi negatywne. Jadąc na zachód doliną zauważyliśmy wprawdzie skaliste wzgórze, ale otaczająca je zamknięta winnica nie pozwoliła nam się zbliżyć. Cała ta podróż zabrała nam tak dużo czasu, że pozostało skierować się do Panamerykany, by powrócić do Santiago. Po drodze do Curico zauważyłem jeszcze kilka miejsc, w których mogłyby rosnąć pożądane neoporterie, lecz przeszkoda była ciągle ta sama. Prywatne, ściśle ogrodzone tereny i winnice.

Po ominięciu Curico poruszaliśmy się już wyłącznie autostradą Panamerykaną, ale i tak do Santiago dotarliśmy już po zmierzchu. W Santiago jest dość kiepska baza hotelowa, jeśli się chce pozostawić w pobliżu auto. Tylko wielkie i drogie hotele są do tego przygotowane. Wszystkie pozostałe znajdują się w centrum, gdzie nie wolno parkować. Już poza centrum, choć nie bardzo daleko, znaleźliśmy jednak hotel „na godziny”, który spełnił nasze oczekiwania. Co prawda łóżko było tylko jedno, więc Darek musiał skorzystać ze swojej karimaty, ale poza tym warunki były lepsze jak w większości małych hoteli.

23. 06.2011 czwartek – Santiago de Chile; 5.500 km (28.000 peso)


Rano przepakowaliśmy bagaże, ja zostawiłem swoje buty i namiot, by nie przekroczyć dopuszczalnej wagi walizki (w Warszawie mieliśmy tak ja, jak i Darek dozwolony ciężar bagażu przekroczony, ale odprawiający nas znajomy przymrużył oko).

 

 

Pojechaliśmy na śniadanie do centrum.

Stara hala o wspaniałej konstrukcji - obecnie targowisko rybne

Po śniadaniu krótkie zwiedzanie miasta, po czym ruszyliśmy na parking przy lotnisku, gdzie musieliśmy oddać i rozliczyć się z wynajętego auta, które tak doskonale się spisało w terenie. Ani razu przecież nie musieliśmy nawet wymieniać koła. Odprawa celna przebiegła bezproblemowo, jak i dalszy przelot powrotny. Jedyne, do czego mogliśmy mieć zastrzeżenia, to obsługa na liniach brazylijskich. Na szczęście tym razem nie zgubili naszego bagażu.

Okazało się, że o ile warto przyjechać do Chile by podziwiać florę kaktusową, to nie należy za cel stawiać sobie terenów bliskich, jak i leżących na południe od Santiago.  Darek do dzisiaj ma do mnie pretensje, że zamiast wrócić do Pupuya, by dalej szukać Horridocactus aspillagae, uparłem się by znaleźć Neoporteria castanea. Gdybym wówczas wiedział to, co wiem teraz, na pewno byśmy wrócili.

CHILE bis - wiosna

Zimowa wyprawa do Chile zakończyła się ulewami deszczu, nie pozwalając nam zrealizować swoich planów do końca. Wpadliśmy więc na pomysł, by wybrać się ponownie do Chile wiosną, kiedy to po tak wielkim napływie wilgoci, pustynia powinna zakwitnąć. Jak zwykle Darek zajął się organizacją transportu. Tym razem najpierw auto mieliśmy wynajęte w Antofagaście, a jego zwrot zaplanowany został na lotnisku w Santiago, skąd wracaliśmy do kraju.
Podróż, z uwagi na koszt, odbywała się liniami łączonymi. Z Warszawy do Paryża wylecieliśmy liniami LOTu 12.10.2011 o godzinie 1615. Z Paryża do Sau Paulo w Brazylii, brazylijskimi liniami TAM Linhas Aereas. W Sau Paulo przesiedliśmy się w samolot chilijskich linii Lan Airlines do Santiago. Ostatni etap do Antofagasty również pokonaliśmy liniami Sky Airline. Na lotnisku w Antofagaście znaleźliśmy się 13.10.2011 o godz. 1715 skąd po odprawie załadowaliśmy się do Taxi-busa, który dowiózł nas pod adres biura wynajmującego auta ALAMO. Dobre 2 godziny trwały formalności związane z wynajęciem jedynego sprawnego aktualnie auta z napędem na 4 koła – Toyota 4 Runner. Jedyną jego wadą był rodzaj paliwa – benzyna, – która jest tu znacznie droższa od oleju. Jeszcze tylko zatankowaliśmy i poczyniliśmy jakieś zakupy.

Kilka godzin po zmroku jechaliśmy na północ, by ostatecznie wybrać formę noclegu w namiotach na wcinającym się w morze cyplu Punta Tames Islote Blanco.

14.10.2011 piątek – Punta Tames Islote Blanco; licznik auta - 115 km (namioty WP11A)

Po skromnym śniadaniu wyjechaliśmy do Tocopilla, gdzie odnaleźliśmy wspinającą się po zboczu drogę górników, którą już raz kilka miesięcy temu jechaliśmy, i podążyliśmy na miejsce docelowe. To stanowisko wybrałem, jako jedno z potencjalnych, w którym powinny rosnąć Eriosyce lauii. Gdy przed wyjazdem, w Chrudimiu spotkaliśmy się z Franzem Kühhasem i powiedzieliśmy mu, że na całe Chile przeznaczamy tydzień i chcemy znaleźć E. lauii, to się z nas bardzo uśmiał, ponieważ on sam będąc w Chile 4 miesiące, aż przez 4 dni poszukiwał tych maleństw bezskutecznie. Nie zraziliśmy się jednak tą uwagą i całe szczęście. Pierwsze miejsce przeszukiwaliśmy przez dwie godziny bez powodzenia. Były tu tylko same martwe rośliny Islaya iquiquensis. Przejechaliśmy nieco dalej i podążyliśmy na przełaj przez wzgórza. Po godzinie dotarliśmy do niewielkiej doliny wypełnionej niewielkimi wzgórzami oddzielanymi od siebie wąskimi jarami. Tutaj również na wierzchołkach wzniesień znajdowaliśmy

 

najczęściej martwe Islaya iquiquensis GM1439.1                          oraz Copiapoa tocopillana GM1439.2.

W pewnym momencie przechodząc z jednego wzniesienia na drugie, u podstawy wzniesienia zauważyłem coś zielonkawego w szczelinie skał. Było to ja się okazało olbrzymie, bo osiągające średnicę 10 mm,

poszukiwane przez nas Eriosyce (a właściwie Islaya) lauii GM1439.

 

Darek wypatrzył kilka blisko siebie położonych roślinek, które ja dojrzałem dopiero, gdy zdjąłem okulary. Najmniejsze miały 3-4 mm a największe 6-7 mm średnicy. Na jednej widniał zasuszony kwiatek. Niestety owoców nie znaleźliśmy. Chciałem zobaczyć, jaki jest system korzeniowy tych roślin, które prawie nie są znane z kolekcji. A przynajmniej nikt nie donosi o możliwości uprawy tych roślin na własnych korzeniach. Było to trudne zadanie, jako że rosną w szczelinach skalnych. Niemniej udało mi się jedną skałę odłupać. Okazało się, że E. lauii pod główką posiada szyjkę korzeniową długości około 5 cm, poniżej której znajduje się szeroka, ale z uwagi na szczelinę skalną, wąska i płaska rzepa. Na stanowisku spędziliśmy godzinę, ale spenetrowaliśmy nawet nie połowę doliny. W sumie przez ten czas znaleźliśmy zaledwie 8 roślin. Nad iloma przeszliśmy nie dostrzegając ich zupełnie, nie jestem w stanie powiedzieć. Ciekawą sprawą jest to, że po niezwykle obfitych w ostatnich latach deszczach, prawie wszystkie I. iquiquensis oraz C. tocopillana były martwe, a E. lauii doskonale sobie z tym problemem poradziły.
Ze stanowiska wracaliśmy szczęśliwi i rozpierała nas duma, że tak wielu próbowało znaleźć te już legendarne rośliny, a nam się to udało. Zawdzięczamy to nie tylko szczęściu, ale także informacjom, które udzielali nam koledzy z Czech i Słowacji. Szczególnie przydały nam się wskazówki, które przekazał nam Roman Stanik, a które uzyskał od samego Alfreda Lau`a. W oficjalnym opisie roślin podane są błędne dane tak co do wysokości, na której występują, jak i odległości od wybrzeża. Również w liście numerów polowych Alfreda Lau`a pod numerem LAU1541 z dnia 03.07.1986 roku jest podana wysokość 500 m, a faktycznie na tej wysokości nie występują żadne kaktusy, ponieważ mgły „camanchaca” tak nisko tylko sporadycznie docierają.

Roboty na drodze do Antofagasta

W drodze powrotnej miałem zaplanowane znalezienie Horridocactus recondita w górach La Chimba, ale stwierdziliśmy, że zapewne będzie tak samo, jak na wcześniej odwiedzonych stanowiskach, czyli rośliny będą martwe, wobec czego zatrzymaliśmy się dopiero pod wieczór w Antofagasta, by dotankować auto oraz dokonać zakupów jedzenia, a szczególnie butelki dobrego „pisco”, niezbędnego do zasłużonego świętowania. Szybko opuściliśmy miasto kierując się na południe wzdłuż wybrzeża. Niestety szybko okazało się, że droga istniejąca w najnowszym atlasie istnieje tylko na papierze, a jest dopiero projektowana. Musieliśmy wrócić do głównej drogi panamerykańskiej i nie skierowaliśmy się do odbicia na El Cobre. Słońce szybko zapadało, więc znaleźliśmy jakiś plac w miarę równy, na którym rozbiliśmy namioty. Wysokość 1700 m, nie zapowiadała ciepłej nocy, tym bardziej „pisco” nam się przydało.

15.10.2011 sobota – El Cobre; 495 km (namioty WP12A 1725m)

Obudziło nas przejeżdżające auto. Już świtało. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dół. Poniżej nas rozpościerały się piękne widoki dolin wypełnionych mleczną „camanchaca”. Po drodze zatrzymaliśmy się tak jak przed kilkoma miesiącami, w miejscu, gdzie obfitość Copiapoa solaris była największa. Wszystkie żyjące były porządnie napite. Dotarliśmy na wybrzeże i skierowaliśmy się na północ, w kierunku kopalni. Zatrzymaliśmy się i zawróciliśmy na wysokości 470 m, kiedy to droga stała się nieprzejezdna, zniszczona ostatnią ulewą. Tutaj znaleźliśmy stosunkowo bogatą roślinność.

Wśród kwitnących Nolana elegans GM1440.2,

Nolana linearifolia GM1440.3,

 

Schizanthus lacteus GM1440.4,

Calandrinia taltalensis GM1440.5, Cristaria molinae GM1440.7

 Rhodophiala laeta GM1440.6,                                                      Copiapoa atacamensis GM1440.1

znajdowaliśmy liczne Copiapoa solaris GM1440.

Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze na wysokości 300 i 220 m znajdując jedynie Copiapoa atacamensis i Polyachyrus annus.

Na wybrzeżu podziwialiśmy

wyrastające prosto z piasku, bezlistne kwiatostany biało lub jasnoniebiesko kwitnących Nolana aplocaryoides GM1440.8.
Zatrzymaliśmy się przy skałach pochylających się nad suchym korytem Quebrada de Remiendos, niedaleko Blanco Encalada.

 

Copiapoa solaris GM1409.2                                                            Oxalis bulbocastaneum GM1441

Na tych skałach obok siebie egzystują Copiapoa solaris GM1409.2 i Copiapoa atacamensis GM1409.3. Teraz w zakątkach skał pojawiły się wiosenne żółte kwiaty Oxalis bulbocastaneum GM1441 o bardzo dużych liściach.
Dotarliśmy do miejsca znanego nam jako Caleta Botija. Tu również żółto kwitły Oxalis sp. GM1442, ale tak kwiaty jak i liście były znacznie mniejsze od poprzednich. Stanowisko w stosunku do tego sprzed kilku miesięcy optycznie prawie się nie zmieniło,

ale roślin Copiapoa aehremephiana GM1410 znacznie ubyło, prawdopodobnie za sprawą wody, która poczyniła spustoszenia w roślinach porastających dno kanionu, w dziwny sposób omijając stojącą tu od lat pustą butelkę po winie. Wegetację dopełniały Tetragonia angustifolia GM1442.1 oraz żółto kwitnące Skytanthus acutus.

 

kwitnąca Copiapoa aehremephiana GM1443                                oraz Oxalis sp. GM1442

Zatrzymaliśmy się jakiś kilometr dalej, ponieważ zobaczyliśmy duże zagęszczenie Copiapoa aehremephiana GM1443. Te rośliny rosną nieco mocniej niż poprzednie i dlatego zapewne znane były pod nazwą C. variispina. Niektóre z nich nawet kwitły. Gdzieniegdzie zaczynały kwitnąć Cistanthe celosioides.
Zatrzymaliśmy się jeszcze, gdy po lewej stronie zauważyliśmy wypiętrzony grzbiet pośrodku dolinki Quebrada de Izcucha. Tym razem, zazwyczaj suche i kamieniste naniesienie, pokryte było gęstą łąką kwitnących wszelkimi barwami kwiatów. Jakże trudno w takich warunkach wypatrywać niewielkich kaktusów.

Zielone krzaki Euphorbia lactiflua GM1445.1 pokryły się żółtymi, wielkimi jak na rodzaj Euphorbia kwiatami.

Niebiesko kwitły Nolana elegans GM1445.2 i Nolana linearifolia, różowo Polyachyrus annus,

 

białymi kwiatami chwaliły się Cleome chilensis GM1445.3             oraz Loasa pallida GM1445.4 o niezwykłej budowie kwiatów, przy czym na tą ostatnią musieliśmy uważać, ponieważ nawet przez spodnie parzyła jak nasza pokrzywa.

 

Polyachyrus annus,                                                                      Rhodophiala laeta GM1444

Fioletowymi kwiatami zdobiły się Calandrinia taltalensis GM1445.5 a na trudno dostępnych, żwirowych zboczach, pysznymi różowoczerwonymi kwiatami kwitły Rhodophiala laeta GM1444.

 

Między tymi roślinami dostrzegliśmy pewną ilość Copiapoa humilis ssp. tenuissima GM1445

oraz kilka martwych egzemplarzy Horridocactus echinus.

Zadowoleni wróciliśmy do auta.
Na maleńką chwilkę stanęliśmy przy skałach niedaleko Punta Bultre,

gdzie w szczelinach skał wypatrzyłem Copiapoa humilis ssp. variispina GM1456, małe rośliny o żółtozielonym naskórku.

Przy drodze dość często zaczęły pojawiać się skupiska skał, które co jakiś czas odwiedzaliśmy. W okolicy Punta Piedra byliśmy już w lipcu, ale znowu się zatrzymaliśmy, bo Darek chciał porównać rośliny po kilku miesiącach.

 

Znowu fotografowałem Copiapoa humilis ssp. variispina GM1457 oraz Horridocactus paucicostatus „viridis”.
Przebyliśmy dalsze 4 km drogi i zaczęliśmy wertować skały przy Punta Plata. Zatrzymaliśmy się głównie dlatego, że pojawiły się inne niż dotąd widzieliśmy, z daleka widoczne rośliny.

 

Naturalnie nie brakowało Horridocactus paucicostatus „viridis” GM1447.1,

ale największą atrakcją były wielkogłowe, barwne Copiapoa haseltoniana GM1447.2.

Dodatkowo zieleniły się rozety Deuterocochnia chrysantha GM1447.3.

Kolejny postój przy El Medano zaowocował również Copiapoa haseltoniana GM1447.4, ale te w porównaniu z poprzednimi były wyższe i o mniejszej średnicy, mniej ciekawe i fotogeniczne.

Tu również widzieliśmy Horridocactus paucicostatus „viridis” GM1447.5. Płaskie, piaszczyste tereny wokół skał porośnięte były

dość gęsto białymi i jasnoniebieskimi kwiatostanami Nolana aplocaryoides GM1447.6 tak, że przy nisko stojącym słońcu robiło to na mnie duże wrażenie.
Na nocleg wybraliśmy hotel w mieście Taltal, po czym przeszliśmy się na doskonały posiłek rybny do niedaleko położonej restauracji.


16.10.2011 niedziela – Taltal; 680 km (hotel 30.000 peso)

Darek wymusił na mnie dotarcie na stanowisko sprzed kilku miesięcy w dolinie Quebrada de San Ramon, gdzie rosło wielkie Eriosyce rodentiophila, gdyż chciał sfotografować je z kwiatami. Faktycznie jeszcze nie spotkałem w literaturze zdjęć kwitnących rodentiofil. Dojechaliśmy na miejsce, ale gdy Darek wybrał się do swojej rośliny,

ja poszedłem na przeciwległe wzgórza, ozdobione żółtymi kępami płaskich poduszek Cruckshanksia pumila GM1447.7

i płożącymi się wężowo, bordowo kwitnącymi Cistanthe celosioides GM1447.8.

Wkrótce Darek wrócił z wiadomością, że kwiatów jednak nie widział.

 

Ja natomiast znalazłem pięknie kwitnące Eriosyce rodentiophila GM1447.9. Darka cel został osiągnięty, ale moim były nieco mniejsze rośliny, których już dwukrotnie bez powodzenia poszukiwałem.
Zatrzymaliśmy auto w miejscu, w którym już raz byłem w roku 2008. Tym razem jednak wzbogacony o obserwacje satelitarne wiedziałem, w którym kierunku się udać. Moim celem były wzgórza o czarnych lub brunatnych skałach. Początkowo przemierzaliśmy je bez powodzenia. W pewnym momencie zauważyliśmy kwitnące Calandrinia taltalensis GM1448.1 porastające gołe dotąd wzgórza.

Na samym wąskim grzbiecie Darek wypatrzył tak bardzo poszukiwane Horridocactus occultus GM1448. Trudno je było wypatrzeć, ciemnobrązowe w tej brązowo czarnej skale. Większość roślin była bez cierni, ale niektóre je posiadały. Nigdzie więcej się nie pojawiały, tylko i wyłącznie na samym grzbiecie, na jego północnym skraju. Tym razem mój cel został osiągnięty. Jak na razie dobrze trafialiśmy w wybrane cele.

Wracając zwróciliśmy jeszcze uwagę na niemal metrowej wysokości krzaki, jeden, którego nie potrafię rozpoznać, o ostrych, ciernistych listkach i drugi, fioletowo kwitnący Gypothamnium pinifolium GM1448.2.
Skierowaliśmy auto na wybrzeże, do Cifuncho, gdzie na czysto granitowych,

jasnoszarych skałach znaleźliśmy wspaniałą populację Copiapoa longistaminea „goldii” GM1448.3 o ciekawie zabarwionej skórce. Razem z nimi występowały jakieś czerwone krzewinki GM1448.4, których nie udało mi się zidentyfikować w żadnym botanicznym atlasie. Na brzegu, w wodach oceanu dopatrzyłem się jakiejś rozgwiazdy pieszczonej przez rozbijające się o skały fale.
Kolejnym celem na naszej liście była sławna Esmeralda, która cieszyła w marzeniach nasze oczy kwitnącymi Copiapoa lauii oraz Thelocephala esmeraldana. Droga z Cifuncho do Esmeralda jest pod względem roślinności zupełnie nieciekawa: po prostu nic tu nie rośnie.

Dopiero w Esmeralda zatrzymał nas las pochylonych w jedną stronę (północną) Copiapoa columna-alba GM1449, gdzieniegdzie urozmaiconych pomarańczowo kwitnącymi Argylia radiata GM1449.1. Kilka kilometrów dalej zauważyliśmy dość strome zbocze, pokryte niemal białym kwarcowym żwirem. Dokoła widzieliśmy bogatą kaktusową wegetację, składającą się głównie z wysokich Eulychnia breviflora GM1452.5 oraz wielkich kęp Copiapoa cinerascens ssp. grandiflora GM1452.4

i Copiapoa longistaminea GM1452.3.

Trzeba się było dobrze wpatrywać w podłoże, by dostrzec niewielkie,

ale poszukiwane przez nas Thelocephala esmeraldana GM1450,

równie małe Copiapoa sp. Guanillos GM1451 (z grupy C. hypogea),

nieco większe, ale gęsto ociernione Horridocactus taltalensis GM1452

oraz zupełnie malutkie Copiapoa lauii GM1452.1.

 

Copiapoa cinerascens ssp. grandiflora GM1452.4                        Copiapoa taltalensis GM1452.2

Zupełnie sporadycznie znajdowaliśmy także Copiapoa taltalensis GM1452.2. Niestety, o kwiatach mogliśmy tylko pomarzyć.

Copiapoa lauii zakwitnie za kilka miesięcy,

natomiast na Thelocephala esmeraldana nie dość że rysowały się dość pokaźne pąki kwiatowe, to sporadycznie kwitły.
Wróciliśmy na „piatkę”, czyli Panamerykanę, którą pognaliśmy na południe. Minęliśmy Chañaral, przejechaliśmy obok portu Barquito i zagłębiliśmy się w dolinę, w której przy poprzednim pobycie nocowaliśmy. Nie zajechaliśmy jednak tak daleko, ponieważ drogę rozcięła wyrwa spowodowana płynącą jakiś czas temu rzeką.

Niemniej na skałach znaleźliśmy Eriosyce rodentiophila GM1452.6 o mechatych areolach

oraz Copiapoa marginata GM1452.7.
Na nocleg zjechaliśmy kilkanaście kilometrów dalej, w znaną mi od 2008 roku dolinkę przy Balneario Portofino. Ponieważ była to niedziela, więc dolinę wypełniała bawiąca się przy ogniskach młodzież, ale im niżej stało słońce, tym więcej aut opuszczało teren i wkrótce pozostaliśmy sami. Jeszcze przed rozbiciem namiotów przeszliśmy się po terenie wypatrując dobrze widocznych

po niedawnych deszczach Copiapoa hypogea „barquitensis” GM1454

oraz Thelocephala krausii „maleolata” GM1453.

Rozbiliśmy namioty, zjedliśmy co nieco wypijając trochę więcej niż zwykle, ale to wszystko dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Noce w pobliżu oceanu są bardzo przyjemne, niezbyt zimne, ale też nie gorące i duszne. Tylko nad ranem namiot wilgotnieje od opadającej mgły „camanchaca”.

17.10.2011 poniedziałek – Balneario Portofino; 955 km (namioty WP131 80m)

Po śniadaniu poczekaliśmy, aż słońce rozświetli rośliny, umożliwiając tym samym fotografowanie bez konieczności doświetlania.

 

Niemal wszystkie rośliny Thelocephala maleolata ozdobione były dość pokaźnymi pąkami kwiatowymi, tylko sporadycznie otwierającymi się kwiatami. Cóż to będzie za widok za tydzień lub dwa, gdy kwiaty się otworzą spontanicznie.

 

Copiapoa hypogea „barquitensis” GM1454

Towarzyszyły im niewielkie krzewinki Tetragonia pedunculata GM1454.1.

Na skałach powyżej doliny zieleniły się żółto kwitnące Euphorbia lactiflua GM1454.2

oraz Oxalis gigantea GM1454.3.

Darek poszedł nieco dalej w skały i znalazł jedną roślinę Horridocactus calderanus o białych cierniach. Dość długo spędziliśmy na obserwowaniu roślin i fotografowaniu, po czym spakowaliśmy namioty i ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża.
Zatrzymaliśmy się na znanym mi już sprzed 3 lat stanowisku w pobliżu Playa Obispo, gdzie wówczas wypatrzyłem tylko jedną

roślinę Thelocephala krausii GM1455. Teraz było ich znacznie więcej, niektóre z otwierającymi się pąkami kwiatowymi.

Kwitły także niektóre Copiapoa calderana GM1455.1.

Zatrzymaliśmy się również na stanowisku przy Punta Totoralillo, gdzie również dobrze napite rośliny Thelocephala krausii GM1420 łatwe były do odnalezienia, ale tylko niewielka ich ilość miała pąki kwiatowe i do tego w dużo wcześniejszym stadium.
W okolicy Playa Rodillo zaciekawiły nas niewielkie skały w pobliżu drogi, więc się też zatrzymaliśmy.

 

Szybko też na skałach znaleźliśmy kwitnące żółtoczerwonymi kwiatami Horridocactus confinis GM1455.2 i Eulychnia breviflora GM1455.3.

Okoliczna równina rozkwitała biało rdzawymi kwiatami Heliotropium megalanthum GM1455.4

 

i podobnymi do naszych mleczy (Mniszek lekarski) Centaurea chilensis GM1455.5 o żółtych kwiatach.
Minęliśmy miasto Caldera i za sprawą Darka, którego celem były wielkie Eriosyce, pomknęliśmy w góry, do El Maray. Również tu chciał zobaczyć te czarno ociernione Eriosyce spinibarbis GM1425.2 w fazie kwitnienia. Trochę temu się przeciwstawiałem, ale ostatecznie trzeba było ustąpić.

 

Faktycznie, gdy dotarliśmy na miejsce kwitły Calandrinia taltalensis GM1455.6,

ale jakież było moje zdziwienie, również wspomniane Eriosyce spinibarbis. Kwiaty są bardzo podobne do E. rodentiophila i jest to zatem łącznik między tym ostatnim a E. aurata.
W drodze powrotnej na wybrzeże postanowiłem zahaczyć o okolice starej stacji kolejowej Monte Amargo. Wdrapałem się nawet na pobliskie wzgórza, albo raczej skraj równiny wznoszącej się ponad dolinę rzeki Rio Copiapo,

jednak poza pięknie kwitnącymi Cruckshanksia pumila GM1455.7, niczego nie znalazłem. Kilka kilometrów dalej znów postój, ale tu też tylko żółte poduszki Cruckshanksia pumila,

wzbogacone jednak o Copiapoa megarhiza „Borealis” GM1455.8.

Udaliśmy się w okolice Morro Copiapo, gdzie dość szybko, niemal pod kołami auta,

w miejscu postoju znaleźliśmy Thelocephala odieri GM1456. W żółtym, nisko zawieszonym nad oceanem słońcu, wykonaliśmy trochę zdjęć. Niestety, ale nawet pąki kwiatowe, jeśli już znajdowaliśmy, były w fazie początkowej.

W pobliżu znaleźliśmy sobie miejsce trochę schowane przed wzrokiem przejeżdżających kierowców, rozbiliśmy namioty i obserwując zanurzające się w oceanie słońce dopijaliśmy zapasy.

18.10.2011 wtorek – Morro Copiapo; 1315 km (namioty, WP326, 78 m n.p.m.)

Rano, przy zwijaniu namiotu zauważyłem uciekającego spod niego skorpiona. W odróżnieniu od tego spotkanego przed laty, ten był maciupeńki i zupełnie nie fotogeniczny. Pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża na południe. Wkrótce droga asfaltowa dość znacznie oddaliła się od wybrzeża, ale jej nie opuszczaliśmy, do momentu, gdy po prawej stronie w oddaleniu około kilometra zauważyliśmy niewysokie wzgórza ciągnące się gdzieś dalej, na wysokości Rocas Negras. Postanowiliśmy dostać się do nich, a Darkowi nie trzeba takich rzeczy powtarzać, bo natychmiast skierował auto bezdrożami, omijając większe krzaki, rozpadliny i kamienie. Zatrzymał się dopiero przed wzgórzami, ale ponieważ się skrzywiłem, że to jeszcze za daleko, wypatrzył łagodniejsze zbocze, którym wydostał się na grzbiet jednego z nich. Dopiero, gdy dalsza droga była już zbyt uciążliwa zatrzymał się.

 

Gdy tylko wysiedliśmy z auta, wzrok nasz padł pod nogi, a tam śmiały się do nas Thelocephala odieri v. monte-amargensis GM1457. Jak daleko szliśmy, tak daleko je było widać. Innych kaktusów poza Eulychnia breviflora

i Copiapoa megarhiza "Borealis"  GM1456.1 nie zauważyliśmy.

Wierzchołki wzgórz ozdobione były kwitnącymi jasnoniebieskimi kwiatkami cebulkowymi roślinami Zephyra elegans GM1456.2. Bardzo nam się tu podobało.

Z daleka obserwowałem, jak kilkanaście metrów za Darkiem skrada się lis. Jednak szybko zrezygnował i uciekł.
Wróciliśmy do trasy na południe. Nasza droga wiodła do nadmorskiej osady wypoczynkowej Baranquilla.

W pobliżu osady na skałach znaleźliśmy kwitnące Horridocactus confinis GM1457.1.

W jednym miejscu zauważyłem, że z wierzchołka skał obserwował moje poczynania wilk Dusicyon griseus. Czuł się tam zupełnie bezpiecznie i bezczelnie na mnie spoglądał z góry.

Dalej wzdłuż wybrzeża ciągnęła się już tylko droga żwirowa, żeby nie powiedzieć wyjeżdżone autami ślady na piasku.

 Zatrzymały nas w jednym miejscu żółte kwiaty Rhodophiala bagnoldii GM1457.2. Skały porastały Horridocactus confinis

Cały teren dokoła zabarwiony był na liliowo kwitnącymi obficie Cristaria dissecta GM1457.3.

Największym jednak dla nas znaleziskiem były ciemnozielone krzaczki Euphorbia copiapina GM1471, której przed laty bezskutecznie poszukiwaliśmy z Romanem Stanikiem.

 

Pół kilometra dalej, przy Punta Salada znowu zatrzymały nas skały, na których także widzieliśmy Horridocactus confinis GM1457.4, Eulychnia breviflora oraz Centaurea chilensis GM1457.5. Pokręciliśmy się tymi kiepskimi drogami i wróciliśmy na drogę solną.
Jadąc dalej, zacząłem polować na zmieniające się podłoże, ponieważ spodziewałem się odnaleźć nowo opisaną roślinę. Zbliżając się do Playa del Medio, zauważyłem niezbyt wystające ponad równinę płaskie płyty, zbudowane jak gdyby ze scementowanego jasnego piasku. Podjechaliśmy do tych piaskowcowych skamielin i ku naszej radości dostrzegliśmy zupełnie czarne,

płaskie dyski Thelocephala napina ssp. pajonalensis GM1458. Oczywiście nie rosły w tych scementowanych płytach, ale wokół nich, wykorzystując wszelkie szczeliny. W pierwopisie zostało napisane, że rosną bardzo sporadycznie, ale my widzieliśmy liczne skupiska i o sporadyczności trudno mówić. Być może w innych miejscach, właśnie na tych płytach są sporadyczne, ale na krawędzi tych terenowych wyniesień, w piaszczystej ziemi było ich znacznie więcej.

Dalsza droga zaprowadziła nas kwitnącą pustynią Atacama na wybrzeże, ponieważ chciałem zobaczyć, czy na Neoporteria sociabilis nie znalazłyby się jakieś nasiona. Za Caleta Totoral Bajo przeszukaliśmy kompleks skalny.

Były tam Copiapoa echinoides GM1458.1,

 

Eulychnia breviflora GM1458.4                                                         i C. echinata GM1458.2.

Równiny obfitowały w biało kwitnące Calandrinia sp. albiflora GM1458.3

oraz żółciutkie Cruckshanksia pumila GM1458.5.

Niedaleko Punta Totoral na skałach znaleźliśmy Copiapoa dealbata

oraz spodziewane Neoporteria sociabilis GM1459. Znaleźliśmy także jakąś małą, ale tylko jedną roślinę, prawdopodobnie Copiapoa humilis GM1460.
Trzeba nam było wracać do drogi solnej, którą jednak znacznie szybciej się poruszaliśmy. Nie dojeżdżając jeszcze do niej

zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie widzieliśmy olbrzymie kępy Copiapoa dealbata GM1460.1.

Wyjechaliśmy na drogę solną, wokół której barwnie kwitła pustynia.

 

Darek zatrzymał auto w miejscu, gdzie pośród filetowych pól Cristaria dissecta kwitły Eulychnia breviflora GM1461.1. Porobiliśmy zdjęcia,

 

lecz wracając do auta Darek zauważył przy samej krawędzi jezdni kwitnącą Thelocephala napina ssp. glabrescens GM1461, której mało nie rozdeptał.

Gdy się rozejrzeliśmy, okazało się, że jest ich całkiem spora ilość, a niemal każda z kwiatami. Najczęściej były obsadzone trzema pąkami lub kwiatami.

 

 

Zwróciliśmy także uwagę, że chociaż większość kwiatów miała barwę różowoczerwoną, to zdarzały się także o kwiatach prawie czerwonych, różowych, liliowo różowych a nawet żółtych bądź pomarańczowych.

Prawie wszystkie rośliny pozbawione były cierni, chociaż na niektórych się zdarzały.
Zatrzymaliśmy się w Carrizal Bajo, gdzie w hotelu zjedliśmy doskonałą rybę i zamówiliśmy nocleg, po czym wyruszyliśmy do Parku Llanos de Challe, tzn. skręciliśmy w głąb lądu. Jak zwykle na chwilę zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie droga asfaltowa zaczyna biec po wysokim nasypie przecinającym dolinę, by spojrzeć na Copiapoa dealbata

oraz obficie tym razem kwitnące Calandrinia sp. o mocnych, sukulentowych pędach. Znaleźliśmy także żółto kwitnącą Balbisia peduncularis GM1461.2. Jadąc szybko dalej zauważyłem jakieś czerwone kwiaty, więc Darek musiał się zatrzymać i cofnąć kilkadziesiąt metrów. Zeszliśmy w dolinkę.

Pośród fioletowo kwitnących Calandrinia taltalensis GM1461.4

pyszniły się wspaniałymi czerwonymi kwiatostanami pełzające jak wąż Leontochir ovallei GM1461.3.

 

Po uwiecznieniu tych wspaniałych kwiatów udaliśmy się na znane nam już stanowisko Thelocephala napina ssp. challensis GM1428.

 

Doskonale się dopasowaliśmy czasowo, gdyż większość kwitła pięknymi, żółtymi i błyszczącymi kwiatami.

 

Gdy już sfotografowaliśmy prawie każdą, postanowiliśmy udać się na wyznaczone przeze mnie jeszcze przy poprzednim wyjeździe stanowisko.

Gdy tam dotarliśmy, równie szybko znaleźliśmy Th. challensis. Przeszukując stanowisko i kierując się ku krańcowi płaszczyzny wyznaczonej białym kwarcowym piaskiem,

znaleźliśmy kilka brązowych, nowo opisanych Thelocephala napina ssp. llanensis GM1462.

W zasadzie większość znaleźliśmy nie w białym kwarcowym żwirze, ale już w czerwonobrązowym substracie, ale nie było ich wiele. O ile wszystkie Th. challensis były w początkowej fazie kwitnienia, to Th. llanensis już dawno miały to za sobą, a wielkość owoców wskazywała, że ich kwitnienie przebiegało przynajmniej miesiąc lub dwa wcześniej. Dlatego nie dochodzi tutaj do hybrydyzacji.
Opuściliśmy park narodowy Llanos de Challe, przejechaliśmy wybrzeżem jeszcze kawałek, a następnie wróciliśmy do Carrizal Bajo na umówiony nocleg. Dzień zakończył się powodzeniem, więc już przyzwyczailiśmy się do świętowania.


19.10.2011 środa – Carrizal Bajo; 1530 km (hotel 20.000 peso)

Jeszcze bez śniadania, szybko i dość wcześnie opuściliśmy hotel udając się w kierunku Huasco. Pierwszy postój urządziliśmy w pobliżu Punta Lobos, a właściwie przy Quebrada Mala – co znaczy Zła Dolina – gdzie widzieliśmy

 

kwitnące Thelocephala napina ssp. lembckei GM1462.2. Kilometr dalej również one były, ale wyglądały zupełnie inaczej. Takie rośliny opisane były jako Th. napina ssp. duripulpa GM1462.3.

Razem z nimi widziałem Copiapoa echinoides GM1462.4.
Kolejny postój zarządziliśmy w Quebrada Carrizalillo, gdzie też chcieliśmy zjeść śniadanie.

 

Na niewysokich, brązowych skałach zauważyliśmy dużą ilość Neoporteria villosa GM1463. Jednak najciekawsze rośliny były w równinie otaczającej skały.

Najpierw zaciekawiły nas niemal niewystające z ziemi brązowo czarne główki Horridocactus carrizalensis GM1463.1. Te widzieliśmy również na skałach, gdzie z naturalnych przyczyn nie mogły się zagłębić. Wokół kwitły Rhodophiala bagnoldii GM1463.2,

malutkie Alstroemeria kingii. GM1463.3

i znacznie wyższe Alstroemeria philippii GM1463.5

oraz z daleka rozściełające przykry zapach Aristolochia bridgesii GM1463.4.

Sporadycznie znajdowaliśmy również kwitnące Thelocephala napina ssp. lembckei GM1463.6

i Copiapoa fiedleriana.
Dalszy postój zrobiliśmy przy Los Toyos,

 

gdzie oprócz kwitnących Eulychnia breviflora GM1463.7 również kwitły Thelocephala napina ssp. lembckei GM1463.8.

Na niektórych roślinach zielnych egzystowały jakieś akurat kwitnące parazyty Cuscata chilensis GM1463.9.
Dotarliśmy do centrum Huasco, a następnie żwirowymi drogami wznieśliśmy się ponad miasto, na niemal płaskowyż ciągnący się do podnóża gór. Minęliśmy jakiś rurociąg przesyłowy i zaczęliśmy uważnie patrzeć pod nogi.

 

Rychło wypatrzyliśmy szaro fioletowe główki o czarnych, przylegających cierniach Thelocephala napina GM1464. Niektóre rośliny niosły na sobie niedojrzałe owoce, co oznaczało, że kwitnienie dawno się skończyło.

Pomyślałem, że może wyżej, gdzie jest chłodniej, będą jeszcze kwitły. Pojechaliśmy więc w kierunku gór, na najbliższą przełęcz. Tam dosyć szybko znaleźliśmy kilka kwitnących roślin.

Razem z nimi widzieliśmy jeszcze kępy mocno ociernionych, równie czarnych Copiapoa fiedleriana GM1464.1 oraz Neoporteria villosa GM1464.2. Nie znam przyczyny, ale nad nami latały mewy i darły się na nas niesamowicie głośno, jak gdyby chciały nas stąd wypłoszyć.
Dalszym miejscem, do którego chciałem dotrzeć, była dolina rzeki Huasco między Freirina i Vallenar, gdyż spodziewałem się tam zobaczyć Neoporteria vallenarensis. Po drodze zatrzymaliśmy się przy niewysokich wzgórzach po lewej stronie.

 

Tutaj pięknie kwitły Thelocephala napina ssp. duripulpa GM1466.

Wokół rosły Copiapoa coquimbiana GM1466.1,

Alstroemeria kingii GM1466.2

oraz prawie płożące się, niewysokie Eulychnia castanea GM1466.3. Nagle, po północnej stronie wzgórza wypatrzyliśmy dość płasko rosnące kaktusy o cierniach miękkich, niemal włosowatych, podobne do wprawdzie płaskich i rzadko owłosionych Neoporteria villosa, którymi te na pewno nie były. Upewniliśmy się wykopując jedną – nie posiadała typowego dla tamtej rzepowatego korzenia z przewężoną szyjką korzeniową. Uznałem, że jest to poszukiwana Neoporteria vallenarensis, pomimo, że w kolekcji taką posiadam i jest zupełnie inna.

Dopiero w domu, analizując zdjęcia doszedłem do wniosku, że były to Horridocactus crispus GM1465.
Wróciliśmy do Freirina, aby w centrum miasteczka zjeść dobrą rybkę, po czym wyjechaliśmy kierując się na południe drogą wiodącą przez góry. Oczywiście po drodze się zatrzymywaliśmy. Dość szybko i nieoczekiwanie znaleźliśmy stanowisko, na którym na wysokości 250 m rosły typowe Thelocephala napina GM1466.4.

Na wysokości 450 m znów się zatrzymaliśmy, ale tutaj występowały tylko Horridocactus kunzei GM1467,

Copiapoa coquimbana GM1467.1 i Rhodophiala advena GM1467.2.

Dalszy postój na wysokości 560 m też obfitował w Horridocactus kunzei GM1467.3, Copiapoa coquimbana GM1467.5 i dodatkowo

kwitnące żółtymi i różowymi kwiatami Miqueliopuntia miqueli GM1467.4.

Na stanowisku na wysokości 920 m znaleźliśmy tylko Alstroemeria diluta ssp. chrysantha GM1467.6 oraz Cumulopuntia sphaerica GM1467.7.
Z głównej drogi wiodącej na południe skręciliśmy w dolinę Quebrada San Juan. Początkowo droga wiodła serpentynami ostro w górę. Na przełęczy niedaleko Fraguita zatrzymaliśmy auto. Tutaj również występowały Horridocactus kunzei GM1469 oraz

pojawiły się bardzo ładne Eriosyce aurata GM1467.8.

Po kilku dalszych kilometrach doliną, przy La Cobaltera także rosły H. kunzei GM1467.9.

Minęliśmy Labrar i dolina się zwęziła. Gdy musieliśmy wjechać w koryto suchej rzeki, po prawej stronie pojawiły się skały granitowe. Skontrolowaliśmy wegetację. Tu także rosły H. kunzei GM1467.10

a wraz z nimi Lobelia polyphylla GM1467.11.
Jazda korytem rzeki stawała się coraz trudniejsza, a samo koryto coraz węższe tak, że skały niekiedy niemal pochylały się nad nami. W pewnym miejscu zatrzymałem Darka, gdyż jakieś kaktusy zamajaczyły mi przed oczami na moment.

 

Na zupełnie pionowych, niedostępnych skałach, w miejscach do których nie docierało słońce, rosły Neoporteria wagenknechtii GM1468. Stare rośliny wyciągały się jak N. villosa, ale były inaczej ociernione.

Młode rośliny były prawie kuliste o brązowawej skórce, ale znalazłem także jedną roślinę, która być może otrzymała więcej wilgoci, gdyż była niebieskawo zielona. Te rośliny nie posiadały typowego dla N. villosa rzepowego korzenia z przewężeniem. Było to więc jakieś przejście między N. villosa a N. wagenknechtii.

Darek wypatrzył na skale też ciekawy egzemplarz Oxalis sp. GM1468.1, a po słonecznej stronie doliny napotkałem także Copiapoa coquimbana GM1468.2 dozorowane przez jaszczurkę.
Ponieważ koryto bardzo się zwęziło, Darek wykorzystując czas mojego penetrowania skał, poszedł pieszo sprawdzić dalszy przebieg kanionu. Wkrótce wrócił z wiadomością, że dalej tym autem się nie przejedzie i choć do wybrzeża pozostało najwyżej 2-3 kilometry, trzeba wrócić. Tak więc straciliśmy bardzo dużo czasu, ale opłaciło się. Do zmroku wracaliśmy, ale noc zastała nas gdzieś między Labrar i Fraguita. Rozłożyliśmy namioty w jakimś starym i obecnie nieużywanym wyrobisku. Wysoko nad nami pracowała jakaś koparka jeszcze długo w nocy.


20.10.2011 czwartek – Quebrada San Juan; 1715 km (namioty)

Ruszyliśmy skoro świt, bo czas przeznaczony na Chile pomału nam się kończył. Wróciliśmy do rozjazdu, gdzie droga o nazwie Cuesta Alcomolle wiodła na południe i znów zakosami wdrapywaliśmy się w górę. Zauważyliśmy po drodze dość duże kaktusy, więc musieliśmy przystanąć.

Były to Eriosyce aurata GM1470.1

oraz popularny w tych okolicach Horridocactus kunzei GM1470. Trochę dalej na skałach znowu zobaczyliśmy fotogenicznie ustawione E. aurata GM1470.3, a pod skałami ozdobione były dziwnymi,

żółtymi i brązowymi dzbankowatego kształtu kwiatami rozsiewającymi woń zgniłego mięsa Aristolochia chilensis GM1470.2.

 

E. aurata GM1470.4                                                                     Maihueniopsis domeykoensis GM1470.5

Po kilkunastu kilometrach znowu dostrzegliśmy wyeksponowane E. aurata GM1470.4 oraz Miqueliopuntia miqueli.

Niespodziewanie natknęliśmy się na bardzo rzadko spotykany Maihueniopsis domeykoensis GM1470.5.

Oczywiście nie brakowało tu cuchnących Aristolochia chilensis.

Pół godziny później i dalej znowu się zatrzymaliśmy, gdy na skalnej ścianie pojawiły się kwitnące Horridocactus kunzei GM1470.6.

Kwadrans później, w Sierra el Tofo zobaczyliśmy Copiapoa coquimbana „Domeykoensis” GM1472.
Dojechaliśmy do doliny Quebrada Chañaral ciągnącej się od Domeyko i pojechaliśmy nią na wschód. Gdy zauważyliśmy po lewej stronie skaliste wzgórze, zatrzymaliśmy się i spenetrowaliśmy je,

ale nie znaleźliśmy nic poza Copiapoa coquimbana „Domeykoensis” GM1472.1. Razem z nimi pozowała mi do zdjęć jaszczurka.

Gdy szeroka jeszcze dolina zwęziła się, wdrapaliśmy się na wzgórze po prawej stronie, ale na nim była identyczna wegetacja. Na skraju zwężenia doliny droga się rozdwajała, więc wybraliśmy lewą odnogę, którą przebyliśmy kilka kilometrów, ale nie znajdując nic ciekawego wróciliśmy, udając się tym razem w kierunku wybrzeża. Droga wiodła wzdłuż dość głębokiego kanionu rzeki. Tutaj spodziewałem się zobaczyć rośliny Thelocephala tenebrica. Nie mogliśmy jednak jej znaleźć, wobec czego udaliśmy się na ranczo, którego właściciel hodował kozy, mając nadzieję na uzyskanie informacji. Jednak okazało się, że ani właściciel, ani jego żona żadnych małych kaktusów w okolicy nie widzieli, a jedyne co nam pokazywali, to były C. coquimbana. Kupiliśmy na pożegnanie cały krążek koziego sera, odjechaliśmy może kilometr dalej i zatrzymaliśmy się na poboczu, by skonsumować zakupiony ser. Czas na obiad był już najwyższy. Gdy wysiedliśmy z auta, pierwsze co zobaczyliśmy,

 

to że stoimy pośród poszukiwanych dokwitających Thelocephala napina ssp. tenebrica GM1473. Znów mieliśmy niesamowite szczęście, któremu dopomógł głód.
Gdy docieraliśmy do osady Chañaral de Aceituno postanowiliśmy przedostać się na drugą stronę rzeki i zbadać, co też tam może rosnąć. Szybko nam się udało przedostać na drugą stronę i wydostać na płaskowyż. Jakiś czas jechaliśmy równiną, aż zauważyliśmy odbijającą w kierunku wybrzeża piaszczystą drogę odciśniętą kołami niezbyt często poruszających się tędy pojazdów. Po pewnym czasie droga zaprowadziła nas do niewielkich skałek, na których znaleźliśmy jakieś kaktusy, prawdopodobnie Horridocactus heinrichianus GM1473.1, bo H. kunzei to nie był na pewno.

Nieco dalej, na skałach będących już w zasięgu wiatrów wiejących znad oceanu znaleźliśmy tylko Neoporteria litoralis GM1474. czas uciekał, więc wróciliśmy na drogę prowadzącą do Punta Choros, zatrzymując się przy wysokich skałach na wybrzeżu niedaleko Apolillada.

 

Tutaj także rosły Neoporteria litoralis GM1475

oraz dodatkowo Copiapoa coquimbana GM1475.1.
Dojechaliśmy do osady Punta Choros, gdzie w znanej mi już restauracji w charakterze obiadokolacji zjedliśmy doskonałe i bardzo smacznie przyrządzone dania rybne. Do zmroku nie zostało wiele czasu, więc skierowaliśmy się w okolice Trapiche. Wybraliśmy jakąś dość dobrze wyglądającą drogę podążając nią w górę dolinki. Po jakimś czasie przy drodze pojawił się znak, że dalej jest teren prywatny, na który wstęp jest wzbroniony, ale ponieważ obok był dość płaski placyk, rozbiliśmy tam namioty. Okazało się, że teren ten należy do kopalni i przez całą noc przejeżdżały tędy auta rozwożące pracowników, a na wierzchołkach wzgórz w kilku miejscach pracowały koparki niesamowicie hałasując.


21.10.2011 piątek – Trapiche; 1000 km (namioty)

Gdy słońce podniosło się na tyle, żeby można było wykonywać zdjęcia, ruszyliśmy na przegląd ciekawie wyglądających terenów, poza zasięgiem kopalni.

Płaskie tereny poniżej wzgórz pełne były czerwono kwitnących Horridocactus simulans GM1476 podobnych do wspólnie rosnących Copiapoa coquimbana, zaopatrzonych w czerwone pąki kwiatowe H. heinrichianus GM1477

 

Horridocactus simulans GM1476 oraz Thelocephala napina ssp. riparia GM1482, które często są mylone

 

z młodocianą formą H. heinrichianus.

Zasadniczą różnicą są kwiaty w kolorze żółtym lub nawet żółtozielonym, a tylko płatki zewnętrzne mają barwę brązowawo zieloną. Thelocephala riparia często tworzy w przyrodzie hybrydy z H. heinrichiana i H. simulans, gdyż termin jej kwitnienia jest nieco przesunięty (późniejszy), ale spóźnione kwiaty tych ostatnich mogą się spotkać z pierwszymi T. riparia. Aby sfotografować rośliny z kwiatami, często stosowaną przeze mnie metodą, jest wykopywanie rośliny z dużymi pąkami i wożenie za szybą auta do momentu rozkwitu. Wówczas sadzę roślinę w terenie, w którym akurat jestem i mam sesję fotograficzną.

Teraz też zabrałem ze sobą jedną z roślin i dołączyłem do innych za szybą. H. simulans został nazwany tak, dlatego że w czasie, gdy nie kwitnie i nie posiada owoców, jest nie do odróżnienia od występujących razem Copiapoa coquimbana. Zasadniczą różnicą poza wspomnianymi różnicami jest fakt,

że Copiapoa tworzy odrosty i całe kępy, natomiast H. simulans zawsze rośnie pojedynczo.

 

Zwiedziliśmy kilka miejsc niedaleko położonych, ale wszędzie była podobna wegetacja: H. simulans GM1477.1,

T. riparia GM1477.2,

 

H. simulans GM1477.3, H. heinrichianus GM1477.4, Copiapoa coquimbana GM1477.5. Przejechaliśmy ponad 6 km aż za Trapiche, ale tutaj także widzieliśmy te same rośliny. Wracając na południe zahaczyliśmy o jeszcze jedno miejsce.

Wegetacja tutaj była znacznie uboższa, zanotowaliśmy tylko H. heinrichianus GM1477.6 oraz Copiapoa coquimbana GM1477.7

 i bardzo ciekawską jaszczurkę, która pozwoliła się zbliżyć do siebie na odległość kilkunastu centymetrów.
Opuściliśmy ten zakątek Chile kierując się nadal na południe. Jakiś czas jechaliśmy, ale urozmaicona kraina i odchodząca niedaleko Los Hornos w bok droga zmusiły nas do opuszczenia asfaltu. Drogą żwirową prowadzącą do nadmorskiej miejscowości Chungungo przebyliśmy kilometr czy dwa i zatrzymaliśmy w dolinie suchej rzeki, na krawędzi której dostrzegliśmy skały. Na skałach rzuciły mi się z daleka w oczy niewysokie drzewka o łupiącej się podobnie jak u burser, szarej korze. Nie posiadały zupełnie liści, ale pokryte były dojrzewającymi zielonymi owalnymi owocami. Były to Carica chilensis GM1499.1.

Miejsca, do których słabo docierało słońce były siedliskiem ciekawej Neoporteria wagenknechtii GM1478, natomiast słoneczne obsadzone były Copiapoa coquimbana GM1479.
Teraz czekała nas bardzo długa i nieciekawa droga w kierunku Santiago. Aby znowu urozmaicić czas, Darek postanowił udać się na nasze stanowisko za miastem Ovalle,

gdzie przy poprzednim pobycie widzieliśmy Neoporteria senilis v. elquiensis GM1435. Mieliśmy nadzieję, że będą miały nasiona, bo pewnie już przekwitły. Niestety, ani kwiatów, ani też owoców nie zastaliśmy, tylko suche pozostałości po kwiatach. Nie zostały zapylone.

 

 

Na pociechę kwitły niemal masowo Horridocactus limariensis GM1436 oraz niektóre Trichocereus chiloensis. Zakwitły też przywiezione przez nas kaktusy, więc posadziłem je jak należy i wykonaliśmy sesję zdjęciową. Zdjęciami tymi uzupełniłem w odpowiednich miejscach tę relację. 
Wróciliśmy do kontynuowania drogi do obranego celu. Zatrzymaliśmy się dopiero w nadmorskim miasteczku Los Molles. Dość długo próbowaliśmy znaleźć dostęp do nadbrzeżnych skał, ale wkrótce nam się to powiodło. na skałach już z pewnego oddalenia zauważyliśmy bogatą roślinność,

 

 

 

która w większości składała się z czerwono kwitnących Neoporteria chilensis GM1480 oraz Cistanthe grandiflora GM1480.1.
Już po zmroku dotarliśmy do miasta La Calera, w którym zamieszkaliśmy w hotelu w samym centrum. Zapłaciliśmy za dwie kolejne noce, bo następny dzień zaplanowaliśmy na zwiedzanie Parku Narodowego La Campana.


22.10.2011 sobota – La Calera; 167 km (hotel 25.000 peso)

Wcześnie wstaliśmy i udaliśmy się w kierunku Ocoa, skąd droga wiedzie do La Campana. Aby dostać się na szczyt Cerro La Campana, gdzie występuje populacja Horridocactus garaventae należy udać się do miasteczka Olmue, leżącego na południe od parku. Z satelity wypatrzyłem jednak drogę wiodącą ciekawszymi terenami od północy. Tak więc podążyliśmy od strony Ocoa. Nie przewidziałem jednak, że droga, którą wypatrzyłem, przebiegała będzie terenami prywatnymi, na które wstęp obcych nie był mile widziany. Jednak kierunkowskaz do La Campana zaprowadził nas do innego oficjalnego wjazdu. Na otwarcie parku poczekaliśmy pół godziny, wykorzystując czas na śniadanie, po czym otwarto bramy. Zapłaciliśmy za możliwość spacerowania po parku, ale na zapytanie, czy z tej strony można dostać się na szczyt, odpowiedziano nam, że z tej strony ścieżka umożliwia wejście tylko na wysokość 700 m, czyli tyle co nic.

Skoro jednak już tu byliśmy, to nie zawróciliśmy, lecz podążyliśmy w górę, by zobaczyć, co godnego uwagi jest z tej strony. Będąc przekonanymi, że zaraz wrócimy, nie zabraliśmy ze sobą żadnych napojów ani jedzenia. Ścieżką jednak szliśmy długo, bo aż na przełęcz na wysokości 1100 m. Może byśmy i dotarli do upragnionych H. garaventae, lecz brak wody i jedzenia po tak wielki wysiłku nam to uniemożliwił. Ryzyko, że dojdziemy bez wody i już nie wrócimy, było zbyt realne. Wściekli na strażników i to, że daliśmy im wiarę, wróciliśmy do auta. Nie przeczę, że widoki po drodze były wspaniałe.

 

Widzieliśmy naprawdę olbrzymich rozmiarów Horridocactus curvispinus ssp. robustus GM1481,

 

żółto kwitnące Puya chilensis GM1481.1, palmy cukrowe Jubaea chilensis GM1481.2 będące endemitem pod ochroną,

 

 

fioletowo kwitnącą i również chronioną Puya coerulea GM1481.3, Puya berteroniana GM1481.4 z zielononiebieskimi kwiatami

oraz pięknie żółto kwitnącą Acaccia caven GM1481.5.

 

Mając jeszcze sporo czasu zapragnąłem odwiedzić poprzednio znalezione Neoporteria senilis ssp. coimasensis GM1437 w nadziei na nasiona. Darkowi specjalnie się to nie podobało, bo był zbyt rozżalony na strażników, przez których nie dotarliśmy tam, gdzie mieliśmy zaplanowane, ale ostatecznie przystał na mój plan. Na skałach zaskoczenie – rośliny właśnie kwitły. Tego właśnie było nam trzeba, pomimo, że dostęp do tych roślin był bardzo utrudniony i niebezpieczny. Przeszedłem jeszcze w górę strumienia, ale nigdzie więcej kaktusów nie było. Wracając również szedłem tym razem wzdłuż strumienia, ale tu również nie rosły żadne. Miałem więc wielkie szczęście, że poprzednio znalazłem to jedyne miejsce w dolinie. U wylotu doliny, tak jak poprzednio, spotkałem mieszkańca tego terenu z psami, który na pytanie, czy widział gdzieś w tej okolicy niewielkie kaktusy rosnące na skałach, a nie wielkie trichocereusy, odparł, że tutaj takie nie występują.
Wróciliśmy do hotelu po drodze konsumując doskonały obiad i popijając dobrym piwem, po czym rozpoczęliśmy pakowanie i przygotowywanie się do wylotu.


23.10.2011 niedziela – La Calera; 590 km (hotel 25.000 peso)

Nie spiesząc się specjalnie, wyjechaliśmy do Santiago, kierując się na parking przy lotnisku, gdzie oddaliśmy i rozliczyliśmy się z wynajętego auta, które dobrze spisało się w terenie. Ani razu nie musieliśmy wymieniać koła, tylko koszt benzyny był dość dużym obciążeniem. Odprawa celna odbyła się bezproblemowo, jak i dalszy przelot powrotny. Jedyne, do czego mogliśmy mieć zastrzeżenia, to czas przelotu, a właściwie postojów miedzy poszczególnymi lotami.

Home